W Grecji jest coraz bardziej wiosennie… wtorek, 3 marca 2015

    Nie ma na świecie wielu rzeczy, których nie lubię tak bardzo jak zimna i zimy. Kiedy jest mi zimno, jestem wściekła! Choć nie mam pojęcia skąd u mnie właśnie taka reakcja? Zimą dzień zanim się rozkręci, to już właściwie się kończy. Krajobraz wszędzie bury, bo nawet i w Polsce śniegu zimą z roku na rok jakby coraz mniej. I na dodatek te wszystkie zimowe ubrania. Kurtki, szaliki, czapki, rękawiczki. Ubieranie tego wszystkiego i ściąganie  z siebie, to dla mnie istna katorga!

     W tym roku w Grecji zima wydaje się kończyć jakby trochę szybciej. Jest przecież sam początek marca, a z dnia na dzień pojawia się coraz więcej jej zwiastunów. Tak jak nie znoszę miesięcy zimowych, tak za tym momentem, kiedy wszędzie czuję nadchodzącą wiosnę, po prostu przepadam! Nagle chce mi się… wszystkiego! Czuje jak wszystko dookoła dodaje mi życiowej energii.

     Kochani! Idzie wiosna!!! Dziś kilka namacalnych na to dowodów…

SŁOŃCE

Co prawda w naszej okolicy śniegu  nigdy nie ma. Zastępują go  czasem nawet kilkudniowe  deszcze. To naprawdę nic fajnego… Na całe szczęście tych deszczowych dni jest coraz mniej. I coraz częściej przez całe dnie świeci przecudowne słońce. Słońce = życie. Dlatego do codziennego funkcjonowania jest tak bardzo potrzebne. W takie właśnie dni wychodzę jak najczęściej i poddaje się darmowej terapii witaminą D. Wystawianie twarzy do słońca, jest takie przyjemne…

 

ZIELEŃ

Te wszystkie szarości, brązy i kolory, które nie mogą się zdecydować czym właściwie są, z dnia na dzień porastają  świeżutką zielenią, którą po prostu chciałoby się zjeść!  Jeszcze tylko kilka plamek żółtego i już samo patrzenie dodaje energii.

 

CHCE MI SIĘ!

Zimą jeśli na zewnątrz nie mam nic do roboty, muszę się nieźle zmuszać, żeby wyjść z domu. Wiem, że „muszę!”, tak choćby dla zdrowia. Jednak zestaw wiatr + deszcz prosto w twarz, to nic przyjemnego. Za to wiosną jest odwrotnie i nie chcę się wracać do domu. Tak jak zimą za nic na świecie nie chce mi się uprawiać żadnego sportu, tak w tym okresie buty do biegania same wskakują mi na stopy i jakby same biegną prosto przed siebie…

 

OWADY

Jak podejrzewam właśnie teraz w przyrodzie trwa jedna wielka orgia! Co prawda za robalami zbytnio nie przepadam, ale i one są na świecie bardzo potrzebne. Chociażby po to, by latem przemienić się w piękne motyle.

 

MIASTA

Coraz więcej ludzi jest też w miastach. Zalane słońcem ulice zaczynają tętnić życiem. Szczególnie w takie piękne dni, kiedy pogoda dopisuje, wszędzie jest pełno ludzi, którzy jakby zbiorowo czerpią przyjemność z bycia na zewnątrz.

 

KAWIARENKI

Już coraz częściej pogoda jest tak ładna, że kawiarniane  życie przenosi się na zewnątrz. W środku pusto, a na zewnątrz pozajmowane wszystkie stoliki. Z dnia na dzień ludzi będzie jeszcze i jeszcze więcej.

 

SKLEPOWE WYSTAWY

Nawet manekiny na sklepowych witrynach stwierdziły ostatnio, że jest na tyle ciepło, że trzeba koniecznie ściągnąć kurtki, czapki i szaliki. Nawet na wystawach pojawia się coraz więcej kolorów i pomysłów na nowy sezon. Najwyższa pora by zrobić to co dziewczyny lubią najbardziej, czyli… zastanowić się nad garderobą na wiosnę i lato!

 

PORZĄDKI

Jak na razie widzę tylko jeden minus. Jednak widzę go zatrważająco dokładnie. Wystarczy spojrzeć na okna po jesienno – zimowych przeżyciach… Słońce, zwłaszcza te greckie,  kiedy tylko się pojawi, usilnie  przypomina że dom wymaga dodatkowych porządków, zwłaszcza w temacie okien. Jeśli chodzi o porządki, nas czeka niestety coś jeszcze. O istnieniu tego greckiego zwyczaju uświadomiłam sobie dosłownie kilka dni temu. Ale o tym… Już w następnym poście!

 

Sałatka po grecku TV – odc. 12: Mussaka. Czyli jak zrobić najsłynniejsze danie Grecji?… piątek, 27 lutego 2015

     Jeśli ktoś ma ochotę spróbować danie, które stanowić będzie wizytówkę Grecji, znakomitą propozycją jest mussaka[1]. Jest to bez dwóch zdań, najsłynniejsza potrawa, którą zjeść można w Elladzie. Na szczęście wszystkie składniki dostępne są wszędzie, dzięki czemu nawet będąc w Polsce można przygotować typową, grecką mussakę. Sekretem jest połączenie odpowiednich składników i przypraw.

     Przyznam  szczerze… Nie jestem wielką fanką tego dania, a przynajmniej przez bardzo długi czas nie byłam. Moim zdaniem mussakę można zrobić tylko na dwa sposoby. Albo, ujmując dosadnie (mimo, że chrzan w Grecji nie jest dostępny) zupełnie się ją schrzani, albo zrobi się  idealną! Przez długi czas jadłam tę pierwszą wersję. I tylko mussaka w wykonaniu dwóch autorów zdobyła moje podniebienie. Przepisem na świetną  mussakę szczyci się moja teściowa oraz szefowa kuchni w restauracji, w której jemy na trasie naszych wycieczek. Przepis, który prezentuje Jani w tym filmiku został wykonany po telefonicznych konsultacjach z Fetą. Do mojej krótkiej listy „idealne mussaki”, z ręką na sercu mogę dopisać tę trzecią. Mussaka Janiego! ;D

     Za chwilę przepis, ale przed tym jedna ważna uwaga. W kuchni greckiej do dań mięsnych z użyciem sosu pomidorowego, bardzo często dodaje się… cynamonu! Już szczypta tej przyprawy potrafi urozmaicić smak. Warto więc dodać cynamon  do mięsa w mussace.

 

SKŁADNIKI:

-jeden duży, lub dwa mniejsze ziemniaki

-jeden bakłażan

-jedna czerwona cebula, dwa ząbki czosnku

-mięso mielone wołowe 750 g

-sos pomidorowy około 150 – 200 ml

-ser żółty do posypania

-bułka tarta do posypana całości

-olej do smażenia

-sól, pieprz, gałka muszkatołowa, liście laurowe, czerwone wino, ewentualnie cynamon

NA SOS BESZAMELOWY:

-dwie i pół szklanki mleka

-jedno żółtko

-3 łyżki mąki

 

Mussaka smakuje również świetnie, na drugi dzień po odgrzaniu!;D

A OTO I FILMIK Z PRZEPISEM:


[1] Żeby prawidłowo wymówić wyraz mussaka, należy mocno zaakcentować ostatnią literę „a”.

Z CYKLU: zacznij lekko poniedziałek – Jak na własnej skórze przekonałam się czym jest „kafenijo”… poniedziałek, 23 lutego 2015

    Miało to miejsce już jakiś czas temu, krótko po tym jak wprowadziliśmy się do naszej wioski. Jani chodził do pracy, a ja w tym czasie zabierałam komputer plus notatnik i szłam pisać do pobliskiej kawiarenki, ze ślicznym widokiem na morze. Dokładnie ta sama kawiarenka do dziś jest moim ulubionym miejscem pracy i chodzę tam kiedy tylko mogę. Wracając jednak do przeszłości… Pewnego dnia pomyślałam, że być może znajdę jeszcze fajniejsze miejsce. Dlaczego by nie sprawdzić czegoś innego? Znacie jednak to powiedzenie: lepsze jest wrogiem dobrego. No właśnie…

     Udałam się więc do miejsca, w którym nigdy wcześniej nie byłam, kilka budynków dalej. Było coś około południa. Lokal świecił jeszcze pustkami. Weszłam do środka. Sympatycznie  zadzwonił dzwoneczek. Wystrój kawiarenki był zupełnie neutralny. W tle grała stapiająca się z  innymi dźwiękami muzyka. Siadłam przy stoliku tuż przy oknie i rozłożyłam moje rzeczy. W przeciągu kilku sekund moje mobilne biuro było już gotowe.

     Podeszła  kelnerka. Kiedy zamawiałam kawę myślałam, że na pewno tylko mi się tak wydaje, że dziwnie na mnie spogląda. Ale to uczucie spotęgowało maksymalnie, kiedy podeszła raz jeszcze, by położyć filiżankę na stoliku. Kelnerka minę miała taką, jakby ptak narobił mi na głowę, tylko ona nie wiedziała jak mi o tym powiedzieć… Przejrzałam się w odbijającym moją twarz monitorze komputera, ale wszystko było jak najbardziej w porządku! Za to moja filiżanka z kawą… Niby nic takiego, ale takiej dawno już nie widziałam. Prosta, wręcz siermiężna, stara, wysłużona. Zupełnie nie jak w typowej, współczesnej kawiarence.

      Słabej tancerce, przeszkodzi nawet… brzydka filiżanka! Pomyślałam, więc czym prędzej zmieniłam temat w głowie i zabrałam się do pracy. Przez godzinkę szło bardzo dobrze, do momentu, kiedy nie zjawił się kolejny klient. Wszedł. Spojrzał na mnie. A później pytająco na kelnerkę. Ta na jego wzrok odpowiedziała wzruszeniem ramion. Dziadek nie rozmawiał, tylko pokrzykiwał coś w jeszcze niezrozumiałym dla mnie dialekcie. Kolejny klient i jeszcze następny. Scenariusz dokładnie taki sam jak powyżej. Po jakimś kwadransie zrobiło się tłocznio. Przestrzeń lokalu zapełniła się samymi mężczyznami  w wieku sześćdziesiąt pięć  bardzo daleko na plusie, dymem  z papierosów, od którego nagle zrobiło się szaro i tym dziwacznym dialektem. Wyglądało jednak na to, że owego dnia to właśnie ja byłam główną atrakcją lokalu.

       Zadzwonił Jani, który wracając z pracy miał mnie odebrać.

    -Hahahaaa! Ha! Ha! – wybuchł śmiechem słysząc odpowiedź na pytanie, gdzie jestem.

     -Gdzieś ty zawędrowała?!

     -Nie wiem… Ale błagam, zabierz mnie stąd jak najszybciej…

     Na całe szczęście, Jani przyjechał już po kwadransie. Jeszcze na niego czekając, rozejrzałam się dokładnie po otaczającej mnie przestrzeni. Miejsce prezentowało się dość nietypowo. Ani jednej ozdoby ocieplającej przestrzeń. Ani jednego kwiatka. Ani najmniejszego obrazka na ścianie.

     Kiedy Janiemu przeszedł już atak śmiechu, wydusił:

    -Strach cię wypuszczać z domu! W około tyle różnych miejsc. Co przyszło ci do głowy, żeby wybrać akurat kafenijo???

     -Kafenijo??? Ale co to znaczy…

***

      Kafenijo, w którym znalazłam się zupełnie przypadkiem i tak wyglądało wyjątkowo nowocześnie. Dlatego, kiedy jeszcze nie zjawili się jego stali klienci, rzeczywiście łatwo to akurat miejsce pomylić z typową kawiarenką. W gruncie rzeczy, było to jednak jak najbardziej typowe kafenijo.

      Pomimo, że w żadnym z nich nie ma oficjalnego zakazu wstępu dla kobiet, to absolutnie nigdy, żadna kobieta (z jedynym wyjątkiem w postaci kelnerki), progu kafenijo nie przekroczy. Jest to miejsce zarezerwowane dla starszego pokolenia mężczyzn, którzy przychodzą tam wypić kawę, szklaneczkę retziny [KLIK!] czy też ouzo [KLIK!]  i pogadać o polityce, pracy, pieniądzach. W samotności poczytać gazetę, zanurzyć się w myślach, czy też pograć z kimś  w tavli. Ujmując krótko, od dawien dawna, greccy mężczyźni przychodzą tam by wyjść z domu i poprzebywać w typowo męskim towarzystwie.

     Wystrój kafenijo jest skrajnie prosty, żeby nawet w dekoracji nie przemknęło nic pochodzącego ze świata kobiet. Wnętrze zazwyczaj ogranicza się do kilku jak najprostszych krzeseł i stolików, baru z trunkami i wielkiego ekranu telewizora nastawionego  na kanał sportowy. We wszystkich możliwych miejscach powtykane są popielniczki. Głównym źródłem światła jest zazwyczaj długa, biała żarówka halogenowa. Dokładnie ci sami klienci do swojego ulubionego kafenijo przychodzą od lat. No, chyba że od czasu do czasu, ktoś się pomyli…

Tak wygląda typowe kafenijo. Żeby zrobić te zdjęcia musiałam wyczekać momentu, kiedy nie będzie klientów. Zdjęcia wnętrza niestety nie jestem w stanie wykonać. Każda próba byłaby jak targnięcie na własne życie…

Tak wygląda typowe kafenijo. Żeby zrobić te zdjęcia musiałam wyczekać momentu, kiedy nie będzie klientów. Zdjęcia wnętrza niestety nie jestem w stanie wykonać. Każda próba byłaby jak targnięcie na własne życie…

 

 

Ogórek i Ocet wracają do mamy… piątek, 20 lutego 2015

    Co prawda typowa grecka mama pewnie by się ucieszyła z faktu, że jej synowie wracają do domu i tym samym rodzinne gniazdo znów zostaje wypełnione. Wszak, nigdzie na świecie nie ma lepiej niż u mamy! Cytryna jest jednak pewnym wyjątkiem.

     Od momentu, kiedy Ogórek i Ocet wyprowadzili się z rodzinnego domu, minął mniej więcej rok. Plus minus okrągłe dwanaście miesięcy. Przez ten czas sprawy w domu dowodzonym przez Cytrynę nieco się pozmieniały…

 

      – Nie pamiętam kiedy ostatnio było mi tak dobrze!  – wyznała Cytryna. – Od prawie trzydziestu lat miałam ich na głowie. Trzydziestu! Najpierw pieluchy i nieprzespane noce. Odkąd zaczęli mówić – wieczne  kłótnie, a następnie walki na pięści.  Później przez cały czas gotowanie, pranie, sprzątanie, prasowanie. Ten  nie zje tego, a tamten tamtego. Następnie burza hormonów, wszystko na „nie” i jeden wielki wysyp pryszczy. A czy ktoś mi za to wszystko podziękował? Jakieś źdźbło na imieniny, albo Dzień Matki? Nie, bo przecież synusiowi okazywać uczuć  nie przystoi.  Poświęciłam trzydzieści lat na ich wychowanie. W tym lata mojej młodości. Teraz mam dosyć! Nigdy więcej!  I niech nawet moja teściowa mówi co chce! Teraz liczę się ja! A co sądzą o tym  inni – mam to w jednym, wielkim poważaniu!

        Zakończyła wypowiedź Cytryna.

    Jaka rewolucja zaszła u niej przez ten rok? Matka Ogórka i Octa, bynajmniej nie siedziała w oknie, wypatrując powrotu synów.  Nabrała za to wiatr w żaglach i otworzyła swój mały interesik…

***

     W Grecji szalenie popularne jest lotto oraz kupowanie losów na loterii. Zazwyczaj w każdym większym bądź mniejszym mieście, znajdziecie  krążącego starszego pana, który sprzedaje losy. Starsi, skromnie ubrani, z kapeluszami na głowach. Często wyglądają jak bohaterowie z bajek Andersena, albo jak postacie, które przeniosły się w czasie. Cytryna przez całe życie kupowała namiętnie owe losy, urozmaicając sobie czas graniem w lotka. Mniej więcej po historycznej wyprowadzce synów, na owej loterii wygrała całkiem pokaźną sumę.

      Wszyscy zakładali, że sumka ta stopnieje w przeciągu kilku dni,  jako że (co sama otwarcie przyznaje) Cytryna z zamiłowania jest zakupoholiczką. Najbardziej przewidywalny bieg wypadków był taki, że całość zostanie zainwestowana w kosmetyki, nowe perfumy… kilka nowych perfum, ubrania, ubrania i raz jeszcze ubrania, nowe ozdoby i bibeloty do domu.

     Cytryna całą zdobytą kwotę włożyła jednak do koperty, a następnie ją zakleiła. Położyła ją sobie na nocnym stoliku przy łóżku i za każdym razem, kiedy szła spać, a później wstawała, zastanawiała się co takiego zrobić z  zawartością tej koperty.

     -W sumie to mam już wszystko, nawet w kilku egzemplarzach. Nie zapominając o kosmetycznych zapasach… Ale tak naprawdę… w życiu przecież  nigdy nie za wiele jest różowego… - pomyślała zasypiając, chyba nie do końca zdając sobie sprawę  o co jej  samej chodzi. Następnego dnia, sekundę po obudzeniu – już doskonale wiedziała…

     Kilka dni później w dawnym pokoju Octa znalazł się malarz pokojowy, kilka wiader z farbą o dwa tony intensywniejszą niż pudrowy róż i wszelkie inne przedmioty służące do malowania. W ciągu jednego dnia, wszystkie meble z dawnego pokoju Octa oraz dokładnie wszystkie rzeczy, które miał wynieść / zabrać / zutylizować, ale jeszcze  tego nie zrobił, znalazły się na wysypisku śmieci. Po kilku dniach cały pokoik był odnowiony. Stał zupełnie pusty, nie mieszcząc w swojej przestrzeni, ani jednego przedmiotu. Rześko pachniał świeżością. Świeżością nieco  landrynkową, ale to właśnie ten odcień zawsze dodawał Cytrynie dobrej energii. Co jakiś czas wchodziła do środka pokoiku i wciąż nie mogła uwierzyć w to, co z nim się stało. Przechadzała się po niewielkiej  różowej przestrzeni, czasem z filiżanką kawy. Planowała gdzie stać będzie stolik. Jakie dobrać do niego krzesła. Przyda się jeszcze niewielki regał. Koniecznie będzie również  i lustro. Oraz kilka małych, kobiecych bibelotów, które ocieplą przestrzeń.

      Wyszukiwanie mebli, dobieranie akcesoriów, ozdób oraz specjalistycznego sprzętu, Cytryna rozłożyła w czasie, tak by móc się wszystkim nacieszyć. Całość procesu zsynchronizowana była z kursem, na który uczęszczała przykładnie i nadzwyczaj systematycznie w każdy wtorek i piątek, punktualnie o osiemnastej. Nie spóźniła się ani razu. Zawsze była co najmniej piętnaście minut wcześniej by mieć czas na pogawędkę z nowo poznanymi koleżankami. Wiedziała dobrze, że jak wszędzie indziej, również i w tym fachu, szalenie ważne są znajomości.

      Od planu do jego realizacji upłynęło ponad pół roku. Kiedy na największej ścianie, dokładnie na jej środku, została zawieszona cienka, biała ramka z dyplomem ukończenia kursu, mniej więcej w tym samym czasie w owym różowym pokoiku znalazły się pierwsze klientki.

     Co prawda Cytryna trzy razy powtarzała Octowi, mówiąc głośno i wyraźnie, że jego pokój już nie istnieje, ten wciąż nie dawał w to wiary. O fakcie, że jego matka nie rzuca słów na wiatr, przekonał się, kiedy z torbami w rękach i pokaźną ilością papierowych kartonów przekroczył próg rodzinnego domu. Powoli otworzył drzwi od swojego dawnego pokoju, już intuicyjnie  bojąc się tego co za chwilę zobaczy…

     Drzwi cicho zaskrzypiały. Po ich otworzeniu, dawny pokój Octa, zaprezentował się mu jak wnętrze mydlanej bańki. Wszystko w nim było niby niemożliwe, ale na nieszczęście – tak realne. Wszystko było tam różowo – landrynkowe, a  dodatki porażały  śnieżną bielą. Przy ścianie stał niewielki regał, z pedantycznie ustawionymi lakierami. Tuż obok okna przyozdobionego białymi firankami, stał niewielki, biały stoliczek, a przy nim –  dwa wygodne krzesła. Wszędzie czuć było zapach acetonu.

     Ocet tylko cicho jęknął, a potem grzecznie się ukłonił. Klientka, która siedziała przy stoliczku, miała wyraz twarzy raczej srogi. Cytryna  nawet  na chwilę nie oderwała wzroku od swojej pracy. Pokrywanie paznokci czerwonym lakierem wymagało całkowitej koncentracji. Jedna mała nieuwaga i czynność tę trzeba będzie powtarzać.

    Ocet zamknął drzwi od  różowego świata, czując  jak w piersiach wali mu serce. Wiedział już, że w tym właśnie momencie jego wydłużone dzieciństwo nieuchronnie dobiegło końca.

      Co prawda Cytryna zaakceptowała powrót Ogórka i Octa, jednak ostatnią  rzeczą, na którą by sobie pozwoliła, było zrezygnowanie ze swojego właśnie otworzonego  salonu manicure, który z dnia na dzień przynosił nie tylko coraz więcej satysfakcji, ale i konkretne pieniądze. Ponadto Cytryna uwielbiała poznawać nowych ludzi i nad wszystko naprawdę kochała malować paznokcie. A poza tym… Miała wszystkie istniejące odcienie różowego lakieru i dobry pretekst, by kupować ich jeszcze więcej!

     Co natomiast stało się z Ogórkiem i Octem? Cytryna zaoferowała im dawny pokój  Ogórka, w którym musieli zmieścić się razem.  Zaplanowała sobie, że jeśli wsadzi ich do jednego pokoju, długo ze sobą nie wytrzymają, więc przynajmniej jeden znów szybko się wyniesie.

      Piętnaście metrów kwadratowych… Dwa łóżka. Dwa gigantyczne monitory od komputerów. Stosy porozrzucanych skarpetek, wśród których żadna nie mogła znaleźć sobie pary. Niekończące się ilości płyt CD. Jakiś bliżej nieokreślone męskie gadżety. A na środku drzwi wejściowych – wielka dziura wybita Ogórkową pięścią…

      Co takiego tam się działo? O tym już w kolejnym odcinku…

 

Przewodnik po KORFU cz. 10 – Canal d’Amour… środa, 18 luty 2015

1

    Canal d’Amour, czyli Kanał Miłości, to jedno z  najsłynniejszych miejsc na Korfu. Znajduje się w miejscowości Sidari na północy wyspy. To właśnie tam trafia ogromna część turystów, która przylatuje na wyspę, by spędzić na niej wakacje. Co prawda miejscowość Sidari, to raczej nic ciekawego. Typowe miasteczko funkcjonujące jedynie latem, stworzone pod potrzeby  turysty. Pełno tu  hoteli, pensjonatów, tawern, barów i  sklepików z pamiątkami. Nocą jest gdzie się dobrze zabawić.

Sidari. Na "chwilę" przed otwarciem sezonu...

Sidari. Na „chwilę” przed otwarciem sezonu…

     Mieszkanie w Sidari ma jednak co najmniej dwa ogromne plusy. Pierwszy to wygodne połączenie autobusowe z miastem Korfu oraz przede wszystkim istniejący tam, osławiony na całą wyspę Canal d’Amour.

     Wybrzeże całej północnej części wyspy jest szalenie ciekawe. Właściwie większa część wybrzeża Sidari przyozdobiona jest zatoczkami, większymi bądź mniejszymi kanałami, czy też skałami o fantazyjnych kształtach, niczym abstrakcyjne rzeźby, wystające z gładkiej powierzchni wody. Najciekawiej prezentuje się wąski, wcinający się w poziomo pofałdowane piaskowcowe skały Kanał Miłości. Jak powstał? To zasługa działalności fal oraz dosyć podatnej na taką działalność struktury tworzących kanał skał.

Canal d'Amour

Canal d’Amour

   Co prawda kanał jest miejscem bardzo niewygodnym i jeszcze bardziej niebezpiecznym do pływania (tak na marginesie, jeszcze nigdy (!) nie widziałam by ktoś tam pływał…), to jednak jak głosi legenda… warto wskoczyć do wody i kanał przepłynąć. Uwaga! Po takim przepłynięciu, jeśli jesteś kobietą – z pewnością zdobędziesz mężczyznę swoich marzeń. Jeśli natomiast jesteście parą, to przepłynięcie Kanału Miłości gwarantuje szczęśliwy związek do końca życia…

6

 

„Labirynt nad morzem” Zbigniewa Herberta. Czy o Grecji można opowiadać jeszcze piękniej… sobota, 14 lutego 2015

     

    -Muszę pani coś dać. Musimy spotkać się jutro, bo koniecznie muszę dać pani pewną książkę.

     Niestety, już się nie spotkałyśmy, bo przecież szczyt sezonu w Grecji to jeden wielki młyn i jedynie Zeus Gromowładny może mieć zielone  pojęcie o tym co w planach jest na jutro. Z tą przemiłą panią zdołałyśmy się zaprzyjaźnić  podczas wycieczki. Rozmawiałyśmy również między innymi o Herbercie. Racjonalnie nie mogę mieć pewności, ale intuicja  przekonuje mnie, że tym podarunkiem był  „Labirynt nad morzem” Herberta. Kilka dni później książkę zdobyłam sama.

                               

     „Labirynt nad morzem” czytałam wyjątkowo długo, pobijając chyba mój rekord w długości czytania. Książka nie jest zbyt gruba, ale lektura zajęła  mi ponad pół roku. Zdanie po zdaniu. Słowo po słowie. Analizując szyk, gramatykę, mistrzowskie porównania. I przede wszystkim próbując zdefiniować  to niemożliwe do zdefiniowania: w czym tkwi ten geniusz Herberta? Wciąż nie potrafię tego skonkretyzować. A może ktoś z was pomoże?

       Książka jest zbiorem tekstów Herberta napisanych podczas podróży po Grecji z  września 1964 roku. Wspólnie z dwojgiem przyjaciół mieszkających w Anglii, Herbert odwiedził wtedy Ateny, Spartę, Mykeny, Korynt, Delfy, Epidauros oraz Sunion.[1]

      Każde z odwiedzanych miejsc, to oddzielny rozdział, w którym Herbert pisze o najważniejszych wydarzeniach dla starożytnej historii danego rejonu. Co działo się w Atenach za czasów Peryklesa? Jakie znaczenie miała wyrocznia w Delfach? Jakie były konsekwencje wybuchu wulkanu na Santorini? Niby zwykłe informacje, na które natykaliśmy się podczas lekcji historii, jeszcze gdzieś w podstawówce. Te zazwyczaj podawane w formie suchych faktów, dat w zestawieniu z dziwnie brzmiącymi i jeszcze trudniejszymi do nauczenia nazwiskami, chyba na mało kim robiły jakiekolwiek wrażenie. Kiedy jednak te same informacje, po raz kolejny przekazuje Herbert, to mam nieodpartą ochotę cofnąć się w czasie, by raz jeszcze znaleźć się w szkolnej ławce i posłuchać na temat starożytnej historii. Ale takiej w wydaniu Herbertowskim. Gdzie ważne są nie nazwiska, ale naprawdę istniejący kiedyś ludzie, namacalni,  z krwi i kości. Nie daty i nazwy miejsc, a prawdziwe wydarzenia, które miały realny wpływ na dzieje historii i tego jak żyjemy do dzisiejszego dnia. Gdyby tylko Herbert mógł być autorem podręczników do nauki starożytnej historii w szkole…

      Autor w niezwykle malowniczy sposób opisuje krajobrazy. Dlatego czytać jego opis, to dokładnie tak jakby oglądało się obraz. Jednak Herbert widzi znacznie więcej. Opis zwyczajnego widoku, często wkracza tu na teren poezji.

      „Labirynt nad morzem” miałam przyjemność czytać będąc w Grecji i czasem  jednocześnie odwiedzając część z miejsc, o których mowa była w książce. Była to wyjątkowa  przyjemność. Kiedy przeczytałam ostatnią stronę, zamknęłam książkę, czując się trochę nieswojo. Że o tylu rzeczach nie miałam pojęcia. W tylu miejscach jeszcze nie byłam. Tyle jeszcze nie widziałam.

     Ta książka ciągle przemieszcza się po domu, tylko od czasu do czasu trafiając na swoje miejsce na regale. Ciągle do niej wracam. Poniszczona. Pogięta. Pozakreślana. Zalana gdzieś wodą,  później kawą i po drodze czymś tam jeszcze. Wciąż mam wrażenie, że jeszcze nie doczytałam jej tak do końca…

 


1 „Labirynt nad morzem”, Zbigniew Herbert, Zeszyty Literackie, Warszawa, 2000,  str. 208

Z CYKLU: zacznij lekko poniedziałek – Co fajnego w Polsce?… poniedziałek, 9 lutego 2015

 

    Co prawda postów na temat rzeczy związanych z Polską, za którymi mi tęskno, było już wcześniej co najmniej kilka. Przy każdej wizycie przypomina mi się jednak coś nowego. Myślę, że to bardzo dobry pomysł, by robić ich podsumowanie, za każdym razem kiedy jestem w kraju. Warto o nich przypominać, szczególnie przez wzgląd na to, że często o takich codziennych dobrodziejstwach się zapomina, mając je na wyciągnięcie ręki…

     Tak więc…

Co fajnego w Polsce?

Moja kolejna dziesiątka!

(kolejność jest przypadkowa)

 

1. UROK OSOBISTY… Za każdym razem kiedy przylatuję do Polski, przypomina mi się, że moją ojczyzną jest kraj o niesamowitym uroku osobistym. Kolorowe kamienice w większych miastach. Rynki, ryneczki.  Osobliwe chatynki na wsiach. Brzozowe lasy sprószone śniegiem. Pola układające się w różnokolorowe pasy. Wszędzie, gdzie nie spojrzeć kryje się czasem trudny do określenia urok osobisty.  Łatwiej go dostrzec, kiedy wraca się do Polski po dłuższej nieobecności.

 

2. „DZIARSKI DZIADEK” ANTONIEGO HUCZYŃSKIEGO… Jestem właśnie po lekturze tej książki, którą przeczytałam od deski do deski. Gdybym była ministrem edukacji, włączyłabym ją do lektur obowiązkowych w szkole! Dlaczego? Pan Antoni w niezwykle przystępny sposób pisze co robić by w fenomenalnej kondycji (fizycznej i psychicznej) dożyć późnej starości. Co jeść? Jakie ćwiczenia wykonywać? Jak zaprzyjaźnić się z zimnem? Wszystkie jego sposoby to proste nawyki, dostosowane do warunków polskich. Ta książka wywarła na mnie ogromne wrażenie z jeszcze jednego względu… Pokazuje jak ważne w życiu jest pozytywne nastawienie, wyznaczanie sobie celów, hart ducha i dlaczego: nie ma nic gorszego niż poczucie nadmiernego komfortu. Jestem pod absolutnym wrażeniem osoby pana Antoniego i wiele z jego zaleceń już wcielam w moją codzienność. Koniecznie tę książkę przeczytajcie!

 

źródło: Dziarski dziadek. Mój sposób na długowieczność, Antoni Huczyński, Biblioteka Gazety Wyborczej, Wa-wa, 2014

źródło: Dziarski dziadek. Mój sposób na długowieczność, Antoni Huczyński, Biblioteka Gazety Wyborczej, Wa-wa, 2014

3. WODY MINERALNE… Co prawda woda z kranu w Grecji jest jak najbardziej pitna, ale nigdy nie przyzwyczaiłam się do jej smaku, poza tym nie gasi mojego pragnienia. Za każdym razem pierwszą rzeczą, którą robię po przylocie do Polski, to kupienie sobie butelki wody mineralnej. Przepadam na Nałęczowianką, Cisowianką i Muszynianką. Mają świetny smak  i rewelacyjny skład! Przy moim ostatnim pobycie odkryłam, że wiele rejonów w Polsce ma swoje wody mineralne! Najchętniej zabrałabym ze sobą po choć małej buteleczce każdej z nich. Co za  szkoda, że jest to niemożliwe!

 

4. ZIAJA MED… Przykład na to, że bardzo dobre kosmetyki, mogą mieć naprawdę niską cenę. A kosmetyk, który jest dobry jakościowo, może być dostępny dla każdego. Na całe szczęście w tym przypadku, jestem w stanie zabrać ze sobą całkiem pokaźną kolekcję i cieszyć się nią przez najbliższe miesiące.

 

5. ŚLEDŹ… Moim ulubionym jest ten w najprostszej postaci. Bardzo zdrowy i szalenie  smaczny. Szczerze zazdroszczę wszystkim, którzy mieszkając w Polsce, śledzia mogą mieć na co dzień!

 

6. WYSOKIE OBCASY EXTRA… Jest to według mnie najlepszy magazyn kobiecy w Polsce. Dobre teksty, ciekawe wywiady. Rewelacyjne zdjęcia w sekcji kulinarnej. Co prawda zawsze mogę kupić wersję elektroniczną, ale przed samym wylotem na pewno skoczę do kiosku, by nacieszyć się  papierowym wydaniem.

 

7. KAPUŚNIAK… Nie ma nic lepszego, niż ciepła zupa w zimowy dzień. A smak polskiego kapuśniaku, to prawdziwy unikat, który jest nie do podrobienia. Ani mięsa wędzonego, ani tym bardziej kapusty kiszonej nie można dostać w Grecji.  Po raz kolejny więc zazdroszczę, wszystkim którzy mieszkają w Polsce!

 

8. FACET (NIE)POTRZEBY OD ZARAZ… Jest to najlepszy polski film, który ostatnio widziałam. Wbrew pozorom wcale nie jest to jedynie zabawna komedia romantyczna… Gorąco polecam szczególnie pokoleniu 30latów, ponieważ ten film znakomicie opowiada o wielu naszych problemach. A przy tym Warszawa, pokazana jest tu tak pięknie! Od razu chce się do niej jechać…

9. URZĘDY… W tym momencie jesteście pewnie zaskoczeni… Ale daję słowo, że w porównaniu do tego jak funkcjonują urzędy w Grecji, te polskie działają rewelacyjnie. Wszystko zazwyczaj jest na czas. Na określony problem / zadnie jest jedna wersja rozwiązania (w Grecji, co urzędnik to zupełnie inne wyjaśnienie). Nie ma strajków. Każdy siedzi w swoim pokoju. Wszystko takie zorganizowane… Ujmując krótko – urzędniczy raj na ziemi!

 

10. KASZKA SMAKIJA… To moje niewinne uzależnienie… Po kilka razy wypróbowałam wszystkie smaki i stwierdzam, że najlepsze jest wydanie malinowe! Mniam… Mniam… Mniam…

 

A jakie są wasze ulubione rzeczy dostępne w Polsce??? Koniecznie piszcie w komentarzach!!!

I już nie mogę doczekać się kolejnej wizyty w Polsce ;DD

 

Mój wywiad dla Onetu… sobota, 7 lutego 2015

    Kilka dni temu ukazał się na Onecie wywiad, który udzieliłam Marii Organ. Rozmawiamy w nim właściwie o wszystkich najważniejszych aspektach  życia w Grecji.  Link do wywiadu znajduje się niżej.  Mam nadzieję, że będzie się wam dobrze czytało! Z wielką przyjemnością zapraszam do lektury…


http://www.blogroku.pl/2014/artykuly/jak-piekna-blondynka-radzi-sobie-w-swiecie-grekow-,5666551,1,artykul.html

 

 

O tym, że to jednak kobieta jest podstawą greckiego domu oraz kim jest typ faceta nazywany „pasa”?… środa, 4 lutego 2015

      Kilka miesięcy temu kuzyn Janiego, czyli Ogórek razem ze swoim młodszym bratem -Octem, wyprowadzili się z rodzinnego domu.  Żeby uporządkować całość, posty na ten temat przeczytacie TU! i jeszcze TUTAJ! Podsumowując jednak krótko, to  co działo się w czasoprzestrzeni…

     1. Ocet założył własny interes, którym jest rodzaj kawiarenki udostępniającej młodzieży planszowe gry. Jest w 100% skoncentrowany na swojej pracy. Idzie mu świetnie. 2. Wraz z Octem zamieszkała jego dziewczyna – Pietruszka, która całkowicie w niego zapatrzona, jest na każde skinienie. 3. Wraz z Octem i Pietruszką, zamieszkał również Ogórek (l. 33), który tym samym wyprowadził się z rodzinnego domu, od swojej mamy Cytryny.

     A teraz przejdźmy do tego, co działo się dalej…

 

       Trzeba przyznać, że Pietruszka choć biedna, to swój los uciułała  sama, dając się  wykorzystywać  Octowi na wszelkie możliwe sposoby. Z drugiej jednak strony, jej sytuacja znajduje pewne usprawiedliwienie. Pietruszka pochodzi z bardzo typowej greckiej rodziny, w której matka, babka, prababka,  jak i pewnie wszystkie kobiety, kopiąc  hen głęboko do korzeni drzewa genealogicznego, koncentrowały swoje życie wokół  dbania o dom, dzieci i usługiwania swoim mężczyznom. A nie jest przecież łatwo wyrwać się z pętli nawyków, w które wplątuje długa tradycja. To, że na głowie kobiety jest idealnie wysprzątany dom, wszystkie posiłki rzecz jasna domowej roboty i dbanie o całą rodzinę, jest bardzo mocno zakorzenione w głowach wielu współczesnych nawet Greczynek. W Elladzie  dopiero całkiem niedawno pojawiło się  pokolenie kobiet, które zajmuje się również i sobą, swoim rozwojem, hobby, pasjami oraz  pracą.

      Ocet jest z kolei idealnym przykładem faceta, który jak pączek w maśle, czuje się w tej dawnej, greckiej tradycji. Podobno od małego szkraba powtarzał, że  kiedy dorośnie, będzie bardzo bogaty, a głównym zajęciem jego żony, będzie to żeby o niego dbać. Pierwszą kandydatką  do tak wielce prestiżowej posady, stała się właśnie Pietruszka. Zasadniczy problem był jeden. A nazywa się on…  dwudziesty pierwszy wiek. Nawet  wychowana w patriarchalnej atmosferze Pietruszka, gdzieś podskórnie czuła, że coś tu jest nie halo. Życie  zweryfikowało samo. Pogodzenie standardu idealnie wysprzątanego domu, domowego gotowania, pracy w wymiarze 8 godzin i kończenia szkoły, w praktyce to  po prostu nie-mo-żli-we do wykonania. Tego pogodzić się nie da, bo człowiek – nawet nie wiem jakby chciał, się przecież nie rozdwoi.

      Pewnego razu Pietruszka około ósmej wieczorem zmęczona wróciła z pracy. Przed upragnionym snem miała w planach jeszcze się pouczyć i w końcu pomalować sobie paznokcie. Na nogach trzymała  ją przemiła myśl, że rano uporządkowała mieszkanie, rozwiesiła pranie. Przetarła nawet wszystkie podłogi. Uwielbiana przez nią czystość miała przynieść przyjemne wytchnienie i możliwość napawania się domową atmosferą.

      Nie zdążyła odwiesić kurtki na wieszak, kiedy z rąk torba  wypadła jej sama. A z niej rozsypały się zakupy zrobione gdzieś po drodze. Kuchnia i główny pokój, wyglądały jak po przejściu huraganu. Ten zaś wyjątkowo nie miał nazwy żeńskiej. Jeśli nazwać go trzeba imieniem autora, imię  to brzmiałoby krótko. Ocet.

       Chłopak Pietruszki wcześniej skończył pracę, co nie było zgodne z ich domową rutyną. W przeciągu dwóch godzin, zdążył zamienić idealny porządek Pietruszki, w zwyczajny chlew.

    -Na Boga! Co tu się dzieje…? – częściowo do siebie powiedziała Pietruszka.

    W tym momencie szurając rozczłapanymi kapciami  i drapiąc się po tłustym brzuchu, wyszedł z kuchni Ocet.

    -Jestem głodny! – powiedział i usiadł przed komputerem.

   Ocet głodny był właściwie zawsze i do tego Pietruszka była już posłusznie  przyzwyczajona. Podczas gdy wszystko nauczyła się  znosić, była chorobliwie  uczulona na domowy bałagan.

     -Ocet! Skąd tutaj ten burdel?! Przecież mieszkanie było wysprzątane, kiedy wychodziłam do pracy!!!

   -A… Tak? Szukałem takiej jednej karty do gry. Gdzieś mi się zgubiła. Pewnie nie musiałbym tyle szukać, gdybyś ty ciągle wszystkiego tu nie przestawiała! Głodny jestem… Zjadłbym coś!

        Pietruszka stała blada i rozglądała się po pokoju. Czuła, że trzęsą jej się ręce.  Sterty uprasowanych przez nią ubrań, które wcześniej w równiutką kostkę ułożone były w szafce, leżały na podłodze. Porozsuwane szuflady. Kilka puszek po coli. Książki i gazety wyjęte nie wiadomo skąd. W kuchni zaś, ślady po przeszukiwaniu czegoś, co bezpośrednio można włożyć do ust i strawić. A wśród tego Ocet, który rozsiadł się przed  komputerem i zdążył przykleić do wielkiego monitora. Nie spojrzał nawet na Pietruszkę, tylko powtórzył:

    -No… Będzie ta kolacja?

    Znacie ten typ…

     W tym właśnie momencie w głowie Pietruszki, jak na polu bitwy zderzyły się dwa fronty. Tradycja, w której została wychowana i pukający ją w czoło  XXI wiek. Wszystko to co jako dziecko obserwowała w zachowaniach matki i babki,  naprzeciw temu  co słyszała od koleżanek spotykanych w pracy i szkole.

     W mieszkaniu zapadła grobowa cisza. Niestety, Ocet  nawet jej nie zauważył. Tym razem Pietruszka nie zrobiła żadnej kolacji. Już wiedziała, że tego ranka, to właśnie mieszkanie sprzątała po raz ostatni. Wzięła szczoteczkę do zębów, piżamę, ubranie na zmianę i poszła przespać się do koleżanki. Następnego dnia, kiedy Ocet był w pracy, wróciła po resztę swoich rzeczy. Coś mi mówi, że radzi sobie teraz całkiem nieźle.

        Ocet i Pietruszka nie wrócili już do siebie. Tymczasem prosta kalkulacja pokazała, że Ogórek z bratem sami nie są w stanie utrzymać mieszkania. Nie szukali też niczego z niższym czynszem. Tydzień później spakowali swoje rzeczy i przenieśli się z powrotem do… mamy!

       W tym miejscu pojawił się jednak jeszcze większy problem. Ku zaskoczeniu wszystkich, Cytryna wcale nie czekała na powrót synów. Co takiego się stało – o tym już w kolejnym poście z Sałatkowego cyklu…

 ***

    -Typowy pasa! – powiedział kończąc tę relację Jani.

   -Pasa? A cóż to znaczy? – spytałam.

   -No, to właśnie Ocet!

   -Acha… Możesz  jaśniej?

   -Pasa to jest taki typ faceta, z którym nie może wytrzymać nawet jego własna matka. Taki „sułtan”, który siedzi, tyje i uważając się za centrum świata. I żąda żeby na okrągło wszyscy mu usługiwali.

    -Achaaa…

    Teraz podobno owy „typ” jest już na wymarciu. Ale od czasu do czasu można znaleźć jeszcze jakiegoś ciekawego  przedstawiciela…

 

IA. Dlaczego kiedy zachodzi tu słońce, wszyscy biją brawo? (cz. 4/4 – prawie ostatnia…)… sobota, 31 stycznia 2015

CZĘŚĆ 1

CZĘŚĆ 2

CZĘŚĆ 3

     Jednym z miejsc, które będąc na Santorini koniecznie trzeba odwiedzić, jest  Ia – niewielka wioska zamieszkiwana jedynie przez 800 mieszkańców, która  znajduje się w północnej części wyspy.  Do Ia wyruszyliśmy około południa. Był wietrzny i pochmurny październikowy dzień. Przejechaliśmy wschodnim wybrzeżem, mając po prawej stronie wzmożone morze, a po lewej skały, skały i raz jeszcze skały. Kiedy wyjeżdża się z Firy, już kilka kilometrów za nią, wyłania się krajobraz jak z księżyca. Na Santorini prawie nie ma zieleni. Błękit wszechobecnego morza przepięknie komponuje się z kolorem skał, od ciemnego grafitu, po ochrę. Gdzieniegdzie z daleka widać bielące się domki, które  wyraźnie odznaczają się z całego krajobrazu. Jedna wielka, nieograniczona niczym przestrzeń.

     A tak właściwie… Dlaczego większość budowli na Santorini jest akurat  biała? Doszukałam się dwóch odpowiedzi. Po pierwsze względy klimatyczne, bo biel nie przyciąga wszechobecnego tu słońca. Po drugie, do białego nie nadciągają owady, które w Grecji potrafią być bardzo  kłopotliwe.

       Ia widoczna  była już z daleka, bielącymi się na tle nieba budowlami. To właśnie tu informacja o cenie noclegu w hotelu, może spowodować zawał serca. Podobnie  jak ceny w tawernach czy też w kawiarenkach. Na co którejś budowli wyłania się dyskretny znaczek SLH (Small Luxury Hotels of the Word). Kto by pomyślał, że większość budowli Ia została odrestaurowana, po wielkim trzęsieniu ziemi, jakie nawiedziło Santorini w 1956 roku.

     Zaparkowaliśmy gdzieś pod Ia, by zobaczyć również jej obrzeża. Mimo, że była już końcówka sezonu, na każdym kroku turyści z każdej części świata, wśród których wyraźnie dominowali Azjaci.

     Ia nie może nie zachwycać. Choć można by pomyśleć: „cóż takiego ciekawego w banalnym zestawieniu granatu, niebieskiego z bielą?”. Nie mam pojęcia, na czym polega ten fenomen, szczególnie kiedy wszystkie budynki są bardzo prostymi, geometrycznymi bryłami. Jednak  dosłownie każdy tutejszy kąt na zdjęciu wychodzi jak podkoloryzowana pocztówka.

      Dekoracja wszystkich budowli   jest niesłychanie wysublimowana. Jeszcze jeden dowód na to, że geniusz tkwi w prostocie, a mniej znaczy tak naprawdę więcej. Wszystko skomponowane jest w tym samym stylu, z tymi samymi zestawieniami barwnymi. Tu nawet zwykły kaktus wygląda niezwykle. Leniwie śpiący czarny kot, ma jakoś tak bardziej intensywnie czarną sierść.  Nawet prozaiczny kamień ma swoje miejsce i nagle zachwyca niezwykle obłym kształtem. Santorini to naprawdę niesamowicie magiczne miejsce.

 

     Główną atrakcją Ia, powodem dla którego nawet w wietrzny, październikowy dzień zjeżdżają się tu turyści z każdej części świata, jest jeden z najsłynniejszych zachodów słońca w Grecji. Co prawda byliśmy przekonani, że w  październiku i na dodatek w taką pogodę, turystów będzie znacznie mniej. Jednak kiedy zobaczyliśmy jakie tłumy zmierzają do punktu widokowego, znacznie przyśpieszyliśmy kroku, by zdobyć jak najlepsze miejsce.

     Już na godzinę przed tym słynnym zachodem słońca mieliśmy trudności, żeby stanąć w dobrym miejscu. W głowie  wciąż powracało mi pytanie: co dzieje się tu w lipcu czy też sierpniu???

     Domki bieliły się w świetle nieśpiesznie zachodzącego słońca. Pastele przyjemnie ocieplały krajobraz. Wokoło pełno kawiarenek, sklepików z pamiątkami, gdzie często pojawiały  souveniry wykonane  z kamienia wulkanicznego.

      Im bliżej zachodu, tym robiło się jeszcze tłoczniej. Wokoło nas stali przedstawicie każdej rasy, obywatele najróżniejszych państw świata. Każdy z aparatem, niewielką kamerą, komórką, najnowocześniejszym sprzętem,  w gotowości by zacząć robić zdjęcia, kręcić filmy.

    I w końcu się rozpoczęło.  Zwykłe – niezwykłe przedstawienie. Słońce powoli zaczęło chować się za horyzontem morza, zmieniając barwę nieba najpierw w delikatny róż, następnie pomarańcz, aż w końcu przechodzić w krwistą czerwień, kontrastując jednocześnie z bielą i pastelami budynków po drugiej stronie. Chowało się dumnie, jakby zdając sobie sprawę, że w tej chwili podziwia go cały świat.

     Kiedy została po nim już jedynie pamiątka w postaci refleksów na niebie, jakby ktoś to wcześniej ustalił, wszyscy zaczęli bić brawo. Przedstawienie zakończone. Ludzie uśmiechnięci, jakby bardziej zrelaksowani, świadomi że udało im się zobaczyć coś naprawdę niezwykłego.

      Zwykło się narzekać, że zachód słońca w Ia pozbawiony jest magii, bo w tłumie pstrykających zdjęcia turystów, nie można wbić nawet szpilki. Ja odniosłam jednak zupełnie inne wrażenie. W świecie, kiedy wszystko musi być „na wczoraj”, a słowo „ekspresowo” to słowo klucz, kiedy przez cały czas gdzieś pędzimy, trwając jednocześnie w nieustannym spóźnieniu…  Kiedy na wyciągnięcie ręki mamy wszystko cyfrowe, HD, 3D, dolby stereo…  I w takim  to właśnie  świecie, to zachodzące nad horyzontem cichego morza słońce, wciąż  zachwyca nas najbardziej. Żeby je zobaczyć ludzie przylatują z każdego kontynentu, a chwilę później pewnie sami nie potrafią wytłumaczyć dlaczego -  biją słońcu brawo. Mimo rozwoju cywilizacji, postępu techniki, my wciąż najbardziej potrzebujemy takich najprostszych doznań.

 

    Na Santorini jest jeszcze jedno miejsce, które koniecznie trzeba zobaczyć, będąc na wyspie. Są nim wykopaliska archeologiczne Akrotiri. My niestety dotarliśmy tam, kiedy miejsce  było już zamknięte. Część dzieł sztuki i artefaktów z tych wykopalisk zobaczyć można w Muzeum Archeologicznym w Atenach. Dlatego za jakiś czas pojawi się dokończenie tej serii postów o Santorini – post na temat Akrotiri, oparty o zbiory prezentowane w Atenach.  Już nie mogę doczekać się tej wizyty…

 

Do przygotowania tego tekstu, korzystałam z przewodnika: Wyspy Greckie – przewodnik ilustrowany, Wiesława Rusin, Pascal – Itaka, Bielsko – Biała, 2014