Greczynki, a Louis Vuitton… piątek, 18 lipca 2014

     Dosłownie dwa domki dalej, na ulicy równoległej do tej gdzie stoi nasz Cytrynowy Dom, mam zaprzyjaźnioną sąsiadkę. Nazywa się Arhiro, co przetłumaczyć można na „zrobioną ze srebra”. Jesteśmy dokładnie w tym samym wieku, nasi faceci pracują razem, a my dogadujemy się całkiem nieźle. Choć… dzieli nas wiele różnic związanych z tym, że pochodzimy z  dwóch różnych kultur. Mentalność Polek i Greczynek, jest naprawdę  inna. Moim zdaniem, wzajemnie możemy się od siebie wiele nauczyć.

      Kilka dni po naszym ślubie, jeszcze przed moim wyjazdem na Korfu, spotkałyśmy się z Arhiro na babskiej kawie. Arhiro jest typową grecką pięknością. Kruczoczarne, lekko kręcone włosy, zawsze upięte wysoko. Jasna cera, która nigdy się nie opala. Wyprostowane plecy i  bardzo wysoko zadarty nos.

    -Czyli mówisz, że wszystko było ok.! – powiedziała.

    -No, tak. Oczywiście z przejściami, bo w Elladzie inaczej się nie da, ale jesteśmy już po ślubie.

    W międzyczasie popijania kawy, oglądałyśmy nasze  ślubne zdjęcia. Kiedy przeanalizowałyśmy je wszystkie, Arhiro powiedziała:

   -No! To teraz czas na Loui’ego!

   -Hmmm…? – czyżby Arhiro już  namawiała mnie do zdrady? – Co? Jakiego Loui’ego?

   -Vuittona! – wykrzyknęła, w teatralnym  geście otwierając w moim kierunku obie ręce.

   -Arhiro, o co ci znów chodzi?

   -Oj wy Polki! Jak wy nic nie wiecie…

   Udałam, że ziewam jednocześnie ostentacyjnie  przewracając oczami.

   -No, Arhiro! Do brzegu! Opowiadaj o tym, o czym jeszcze nie wiem!

 

    Kiedy moja przyjaciółka zaczęła mówić o kolejnej  greckiej tradycji, o której nie miałam pojęcia, połączyłam dwa fakty. Częstotliwość spotykania toreb Louis Vuitton, na typowej greckiej ulicy jest co najmniej  zastanawiająca. Tu muszę dodać, że w większości są to torby oryginalne. Typowa Greczynka nie zna bowiem  słów  „tańszy zamiennik”. Od dawna zastanawiało mnie, skąd tych toreb w Grecji jest aż tyle? Odpowiedź – taka nowa, grecka tradycja, która powoli się utrwala.

    -Więc słuchaj… W Grecji robimy tak… Jak dziewczyna weźmie ślub, no to po ślubie jak najszybciej powinna mieć torbę od Louis Vuitton. I to jak najszybciej!

    -Ojej… A skąd taki pośpiech?

    -Logiczne! Później jest czas na dzieci i nikt już  nie ma pieniędzy na inne rzeczy, bo trzeba kupować pieluchy i takie tam. No i torebki schodzą na dalszy plan, więc tę sprawę trzeba załatwić jak najwcześniej.  Proste i logiczne. 1 – ślub. 2 – torba od Louis Vuitton. 3 – dziecko.

    -Ale przecież te torby są tak drogie!

    -No właśnie! Dlatego mówię ci, że  trzeba załatwić to jak najwcześniej.  Później pojawia się codzienność, rutyna i nikt nie ma do tego głowy.  Ale nic się nie martw Dorota! Ja to już z Janim załatwie. Objaśnie mu co i jak i że to taka nowoczesna tradycja.

     „Nowoczesna tradycja”… Myślałam, że Arhiro żartuje. Ale nie żartowała. Kilka dni później, machając ręką przed twarzą Janiego, objaśniła mu znaczenie tego nowego, greckiego obyczaju.

    Co prawda jestem Polką i nie każdą grecką tradycję mam zamiar kultywować. No cóż… Myślę, że warto jednak przestrzegać tych najpiękniejszych!

z cyklu: JADĘ DO GRECJI NA WAKACJE – Mrożony jogurt… poniedziałek, 14 lipca 2014

   

    Mniam! Mniam!! Mniam!!! Mrożony jogurt z najróżniejszymi syropami i posypkami to jedna z najsmaczniejszych rzeczy  letnich miesięcy w Grecji. Zachęca przede wszystkim wielki wybór  wszelakiego typu dodatków, które każdy komponuje sobie sam. Wzrok przyciągają kolory posypek i syropów.

 

     Nie mam pojęcia, czy taka wersja mrożonego jogurtu  jest zdrowa. Jeśli nie, to wcale nie chcę o tym wiedzieć! ;))  Jak dla mnie wygląda fantastycznie, a smakuje jeszcze lepiej. Jeśli udajecie się do Grecji latem, koniecznie spróbujcie mrożonego jogurtu, w swojej własnej wersji!

 

 

Przewodnik po KORFU, cz. 2 – KANONI. Czyli symbol wyspy Korfu… środa, 9 lipca 2014

   

     Niewielki, biały monastyr,  na  skrawku lądu otoczonym błękitnym niebem i morzem. Malutka wysepka w tle, z gąszczem cyprysów oraz nieśmiało ukazującą się świątynią. A przy tym bezkresne morze i porośnięty zielenią, dumny  ląd. Taki obraz widnieje na większości okładek przewodników po Korfu, bowiem ten widok to najbardziej rozpoznawalne miejsce na całej wyspie.

 

     Taka swoista „pocztówka”  z Kanoni  przewija się wszędzie, gdzie mowa o wycieczkach do Grecji. W Atenach  jest Akropol. Na Zakinthos – Zatoka Wraku. Chios słynie z mastihowych wiosek. A Korfu ma swoje Kanoni. Ten niezwykle malowniczy widok, powinien zobaczyć każdy, kto tu przybywa.

      Niewielka wysepka, na której znajduje się  słynny monastyr, połączona jest z lądem długą groblą. Monastyr Panagia Vlacherna pochodzi z XVII wieku. Sama budowla jest mała. Składa się z kilku dostawionych do siebie brył i wysokiej dzwonnicy. Śnieżnobiałe ściany stają się jeszcze bielsze, kiedy odbija się od nich dzienne  światło. Wypłowiałe na słońcu dachówki oraz zielone akcenty barwne – to cała kolorystyczna kompozycja tego widoku. Nad wszystkim strzeliście wybija się wysoki cyprys, który przewyższa samą dzwonnicę.  I w tym przypadku walory tego widoku, kryją się w jego prostocie.

      Na drugim planie widać oddzielającą się od niebieskiego morza zieloną plamkę. To słynna Pontikonisi, czyli tłumacząc na polski „Mysia Wyspa”. Z daleka wydaje się być niewielką zieloną kulą, z której gdzieś w środku wystaje kolejna ważna dla Korfu budowla. Jest nią bizantyjski kościół Chrystusa Pantokratora, pochodzący z XI / XII wieku.  Jeśli dać wiarę temu co mówi mitologia, Mysia Wyspa była kiedyś statkiem Feaków, który został zamieniony przez Posejdona w kamień.

      

      

      Cały ten region nazywany Kanoni, znajduję się kilka kilometrów  na południe od centrum miasta. To właśnie tam w czasach starożytnych, istniało pierwsze miasto Kerkira, które dopiero później zostało przeniesione w miejsce, w którym jest dzisiaj. Obszar Kanoni to raj dla archeologów, bo właśnie na tym terenie rozsiana jest większość najważniejszych dla Korfu budowli z czasów starożytnych.

 

     Szczęśliwcami są ci, którzy  na Korfu lądują wraz ze wschodem słońca. Jedne z najpiękniejszych wschodów są właśnie tu – w Kanoni, przy Mysiej Wyspie i monastyrze Vlacherna. Tuż  obok jest bowiem  główne lotnisko, na którym lądują wszystkie samoloty lecące na wyspę. Taki wschód słońca tuż przy lądowaniu i ten bajkowy widok, to przemiły podarunek od wyspy już na samo „dzień dobry”.

 

„Moje wielkie, greckie wesele”. Na czym polega fenomen tej komedii?… niedziela, 6 lipca 2014

     Nieprzypadkowym zapewne zbiegiem okoliczności, ten film  wpadł mi w ręce na kilka dni przed moim pierwszym wyjazdem do Grecji. Było to już jakieś osiem lat temu. Oglądając go co chwilę spadałam ze śmiechu z krzesła, choć jeszcze wtedy nie do końca rozumiałam o co chodzi w niektórych scenach. Fenomen tej jednej z najpopularniejszych komedii o Grekach obrazuje między innymi  fakt, że wiele cytatów z tego  filmu weszło na stałe do języka potocznego. „Moje wielkie, greckie…” – ten slogan powtarza się tak często.  „Powiedz mi jedno słowo, a udowodnię ci, że pochodzi ono z Grecji”. Czy też: „Ludzie dzielą się na tych, którzy są Grekami i tych, którzy chcieliby nimi być” (to chyba mój ulubiony;))) W czym jednak tkwi fenomen tej przezabawnej komedii? To, że śmieszy to  jeszcze przecież nie wszystko.

      „Moje wielkie, greckie wesele” to film o dość prostej fabule, typowej dla komedii romantycznych. Główna bohaterka, czyli Tula pochodzi ze skrajnie tradycyjnej greckiej rodziny, mieszkającej w Stanach. Jej rodzice należą do  pokolenia greckich emigrantów, którzy zaczynali od „ośmiu dolarów w kieszeni”, by ciężką pracą  polepszyć warunki bytowe. Ot doskonały przykład, że stereotyp leniwego Greka niekoniecznie się sprawdza. Tula dobiega trzydziestu lat. Czuje presję o ciężarze co najmniej tony, że a) powinna szybko wyjść za mąż  b)jej mąż musi być Grekiem  c)powinna  jak najszybciej  urodzić dziecko,  a najlepiej… wiele, wiele dzieci!

      Tula postanawia przeciwstawić się  tradycji, która wyraźnie ją uwiera i iść obraną przez siebie drogą.  Zapisuje się na kurs komputerowy. Przestaje pracować jako kelnerka w tawernie swoich rodziców i zatrudnia się w biurze podróży. W międzyczasie poznaje pewnego szalenie przystojnego Amerykanina, o niemieckich korzeniach. Nie zdradzę chyba zbyt wiele jeśli wyjawię,  że przezwyciężając pasmo trudności, romans kończy się „wielkim, greckim weselem”.

      Fenomen tego filmu tkwi nie tylko w tym, że jest przezabawny. „Moje wielkie…” jest przede wszystkim swoistą encyklopedią, w której zawarte jest wszystko co najlepiej charakteryzuje Greków. Filmowe postacie skrojone są tak, by zobrazować pewne „typy” funkcjonujące w dzisiejszym, greckim społeczeństwie. Ojciec Tuli, to tradycjonalista, który nie wyobraża sobie, że jego córka może wyjść za nie-Greka. Typowa, grecka   „mamma”,  jako przysłowiowa „szyja”, kręci głową swojego męża w każdą możliwą stronę. Brat Tuli,  czyli Nikos – to idealny przykład  „Greek Lovera” ze złotym łańcuchem zawieszonym na klacie  i błyszczącym żelem we włosach. Mimo trzydziestu kilku lat na karku, nie wygląda na to, że szybko wyprowadzi się od rodziców.

"Jak to - on nie je mięsa?! Ok! Zrobię jagnięcinę."

„Jak to – on nie je mięsa?! Ok! Zrobię jagnięcinę.”

      Dlaczego Grecy „plują”, kiedy widzą  coś godnego pozazdroszczenia? Jak reagują na słowo „wegetarianin”? Dlaczego większość mężczyzn w Elladzie  ma na imię Nikos? I dlaczego w  typowym, greckim domu musi stać   dziesięć popiersi greckich filozofów? Na te i wiele innych pytań dotyczących Grecji i Greków znajdziecie odpowiedź w samym filmie, który w zaledwie  90 minutach opowiada o wszystkim, co charakteryzuje współczesnych mieszkańców Ellady.

     Śmieszy. Bawi. Uczy. Ale również odpowiada na pewne bardzo ważne pytanie.  Jak ustosunkować się do greckiego szaleństwa na punkcie tradycji, tak by zachować życiową równowagę, czy też – grecki „złoty środek”? Na to pytanie w jednej ze scen odpowiada Nikos mówiąc, że tradycja w jakiej się wychowaliśmy zawsze będzie częścią nas, ale nigdy nie powinna hamować  przed tym, by iść obraną przez siebie drogą.

    „Moje wielkie, greckie wesele” drugi raz  obejrzałam po moim pierwszym pobycie w Grecji. Rozumiejąc już dużo więcej, śmiałam się jeszcze bardziej. Po raz trzeci  obejrzałam ten film kilka dni temu. Brzuch bolał mnie ze śmiechu jeszcze bardziej. Z pewnością wrócę do niego  jeszcze niejeden raz. Wy pewnie też już oglądaliście. Ale… Jeśli nie macie planów na najbliższy wolny wieczór, to może by tak  raz jeszcze? „Moje wielkie, greckie wesele”!

 https://www.youtube.com/watch?v=_Y5aBK7qAI0

 

z cyklu: JADĘ DO GRECJI NA WAKACJE – Moje letnie kosmetyki… poniedziałek, 30 czerwca 2014

   

    Myślę, że te najmilsze, acz zwyczajne i zupełnie codzienne przyjemności możemy dać sobie jedynie my sami. Dla mnie jedną z nich jest dbanie o moją skórę. Pewnie  męskiej części czytelników wyda się to co najmniej dziwne, ale przeważająca część kobiet mnie zrozumie. Po ciężkim dniu uwielbiam na dobre dwa, trzy kwadranse zawłaszczyć sobie łazienkę, żeby spokojnie wykonać peeling, nałożyć maseczkę, a później wetrzeć w skórę ulubiony  olejek.  W tym momencie coś czuję, że wszyscy  panowie właśnie przerwali czytanie. Zdaje się, że zostałyśmy jedynie w babskim gronie;)))  I tak wracając do myśli przewodniej… Kiedy budzę się wczesnym rankiem, czując że moja skóra jest miękka jak u niemowlaka, nawilżona i pachnąca… Jak zwykle nie chce mi się wstawać,  ale mimo to – dzień zaczyna się cudownie!

 

Oto  i moja kosmetyczna siódemka, bez której nie wyobrażam sobie lata!

A jakie są Wasze ulubione kosmetyki czy też  zabiegi, które stosujecie wyłącznie latem??? Piszcie koniecznie w komentarzach!!!

KREM Z FILTREM DO TWARZY

Spędzając lato w Grecji, absolutnie nie wyobrażam sobie wyjść z domu bez kremu z filtrem na twarzy. W moim przypadku w grę wchodzi tylko i wyłącznie krem z najwyższym filtrem dostępnym w Europie. Letnie słońce w Grecji ma niesłychanie silną moc, tak więc nawet filtr 50spf  nie zawsze sobie z nim radzi. Mimo, że opalona twarz wygląda ładnie, wciąż mam w głowie  myśl, że tylko dzięki takiej ochronie znacznie opóźniam proces starzenia się skóry. Jaki krem sprawdza się u mnie najlepiej? Kto raz spróbuje osławionego  już „Capital Soleil”   Vichy 50spf, ten  raczej nie sięgnie po nic innego. Pod wieloma rekomendacjami tego kremu, podpisuję się obiema rękami!

 

KREM Z FILTREM DO CIAŁA

Wyjście z domu w sezonie letnim, zajmuje mi trochę więcej czasu niż zwykle. Dość restrykcyjnie pamiętam by posmarować wszystkie odkryte części ciała. Pewnie pomyślicie, że jestem maniaczką kremów z filtrem? Przyznaje bez bicia… Tak! Jestem;))) Wystarczyło bowiem przejść się kilka razy po mieście bez zabezpieczenia na skórze, by wrócić do domu z poparzeniem, a pod koniec lata wyglądać jak zebra. Greckie słońce, tym bardziej jeśli przebywa się nad morzem,  i tak przebija się przez filtr 50spf, ale to dzięki niemu pod koniec września moja skóra jest ładnie i przede wszystkim zdrowo opalona.  Ponieważ ubranie chroni naszą skórę podobnie jak filtr 6spf  (czyli bardzo mało), pamiętam by posmarować również większe pieprzyki i  niepokojące zmiany skórne, których tej zimy mam zamiar definitywnie  się pozbyć. Jaki wg mnie jest najlepszy krem do opalania? Już trzeci rok używam tylko i wyłącznie fenomenalnego kremu z Korres 50spf z dodatkiem jadalnego jogurtu. To jeden z najlepszych produktów autorstwa tej greckiej marki. Prócz tego, że świetnie działa, pachnie obłędnie i wiele osób czując jego zapach,  często pyta się co to za perfumy;)))

Więcej na ten temat przeczytasz TU i jeszcze TUTAJ!

 

PEELING DO CIAŁA

Jeśli codziennie wsmarowuje się  warstwę kremu do opalania, po kilku dniach na skórze tworzy  się nieprzyjemna warstwa, tego co nie zostaje zmyte. Dlatego podstawą mojej letniej pielęgnacji skóry jest porządny peeling całego ciała, wykonywany mniej więcej dwa razy w tygodniu. Jaki peeling wybieram? Najbardziej naturalny, najlepiej beż żadnych domieszek zapachowych. Jego zadaniem jest tylko zmyć warstwy kremów oraz zedrzeć stary naskórek.  I tak dla  przykładu: Clean Skin peeling oliwkowy.

 

SZORSTKI RĘCZNIK

Pomaga w tym, by peeling  ciała  był jeszcze skuteczniejszy. Takie ręczniczki działają na tej samej zasadzie co rękawiczki do peelingu. W moim przypadku  lepiej sprawdza się jednak ręcznik, ponieważ jest łatwiejszy  w użyciu i utrzymaniu czystości. Najlepsze i najbardziej popularne, są ręczniki lub też rękawiczki dostępne w The Body Shop.

 

OLEJ Z KOKOSA

Co prawda niektórzy używają go w kuchni, ale w moim przypadku najlepiej sprawdza się, kiedy po wieczornym peelingu wędruje  prosto na skórę. Sto procent natury. Bez żadnej parafiny. Nawilża bajecznie. Szybko się wchłania. I co ważne… jak dla mnie pachnie obłędnie! Od czasu kiedy zaczęłam stosować najzwyklejszy olej kokosowy, zapach kokosu zawsze kojarzy mi się z  gorącym, greckim latem.

 

ENZYMATYCZNY PEELING DO SKÓRY

Podobno peelingi mechaniczne do twarzy często potrafią zdziałać więcej szkód niż pożytku. Skóra twarzy potrzebuje przede wszystkim delikatności. Dlatego ja wybieram jedynie  peelingi enzymatyczne. Jednym z moich ulubionych, również 100% naturalnych, jest bardzo popularny  peeling enzymatyczny dostępny na stronie Biochemia Urody. Świetny, naturalny kosmetyk za jedyne kilka złotych.

 

OLEJEK DO CIAŁA Z DROBINKAMI ZŁOTA

Ten kosmetyk, to taka moja letnia fanaberia. Co prawda nie jest mi niezbędny, a  i bez niego wyobrażam sobie dalsze bytowanie… mimo to, uwielbiam ten olejek! Kilka muśnięć na skórę tym złotym cudeńkiem i nigdy nie mogę się powstrzymać, by powiedzieć jedno wielkie… achhhh! Ponieważ olejek z drobinkami złota Nuxe  pachnie również nieziemsko, zastępuje mi wieczorne perfumy. Mamy tu więc dwa w jednym: mieniący się w słońcu olejek  i fantastyczny zapach. Mimo tego, że nie jest to tani kosmetyk, jest całkowicie wart swojej ceny.

 

      Dbanie o swoją skórę kosztuje trochę wysiłku, pieniędzy i czasu. Jednak komfort jaki daje zdrowa i zadbana skóra, jest świetnym wynagrodzeniem! Bo to przecież nasza skóra, jest naszym najcenniejszym ubraniem.  Nawet jeśli lubimy się opalać, czy też być opalone, ważne by robić to z głową. Skóra, o którą się dba, dziękuje najczęściej po latach. A jej młody wygląd… to gra warta świeczki!

 

Przewodnik po KORFU, cz.1 – Kościół św. Spirydona, czyli bijące serce wyspy Korfu… środa, 25 czerwca 2014

    Był wczesny ranek. Zwykły, pracujący dzień. Odprowadziłam Janiego do portu, gdzie czekał jego statek  i zostałam sama. Pomyślałam, że poszwendam się trochę po mieście, zobaczę jak prezentuje się z samego rana i zastanowię, co robić dalej z zupełnie wolnym dniem. Czasem jak chodzi się bez żadnego  planu, zobaczyć można najwięcej.

       Na ulicy Liston, dopiero co sprzątali po poprzednim dniu. Żaden turysta chyba się jeszcze nie obudził, bo nawet nie otworzono  sklepików z pamiątkami. Ulica zalana była słońcem, które tak potężną siłę ma tylko w Grecji. Sprawia, że kolory są znacznie bardziej intensywne, a wszystko wokoło tak jakby lśni.  

     Chyba miałam nosa, że za chwilę stanie się coś godnego uwagi. Kiedy skręciłam w ulicę, gdzie mieści się kościół św. Spirydona, zobaczyłam scenę co najmniej niecodzienną. Stanęłam jak wryta i przetarłam oczy. Kilka metrów przede mną, szła kobieta. Nic w tym szczególnego, gdyby nie fakt, że szła na kolanach, brudnych już i poobdzieranych z naskórka.  Jej twarz wyraźnie zmęczona, ale bynajmniej nie speszona tym, że robi coś dziwnego, miała  wyraz zupełnie neutralny. Podobnie jak wyraz twarzy młodego  mężczyzny, który szedł spokojnym krokiem tuż przed nią, ubrany zgodnie z najnowszym krzykiem mody, niosąc kobiecie  buty.

     Nikt prócz mnie nie wydawał się widzieć w tej scenie czegoś szczególnego. Ot  tak,  jakby była to zupełna norma. Sprzedawcy nieśpiesznie otwierali swoje sklepiki i  witali się między sobą.

 

     

     -No, a co w tym dziwnego? – odezwał się w słuchawce Jani. –Nigdy jeszcze tego nie widziałaś? Ta kobieta najpewniej   szła w intencji kogoś lub czegoś. Ludzie robią tak  całkiem  często. Czasem idą  na kolanach nawet z innego miasta. – dokończył Jani  tonem, jakby mówił że, sandałki tego lata modne są w kolorze czerwonym, więc może też powinnam sobie takie kupić. Chwilę później sygnał w telefonie znikł. Statek, na którym był Jani najpewniej odpłynął na pełne morze. Pomyślałam, że Grecja znów utarła mi nosa, pokazując jak mało jeszcze o niej wiem.

 

    Jakkolwiek by tej sceny nie interpretować, to w niej zawarta jest cała dzisiejsza Ellada. Jest często skrajną tradycjonalistką, zawsze jednak ubraną zgodnie z najnowszym krzykiem mody i uniesionym do góry dumnie nosem. Robi to co jej się podoba,  nikogo nie pytając o zgodę ani  zdanie.  

 

     Długo zastanawiałam się, co powinno być pierwszym tematem nowego cyklu, stanowiącego przewodnik po wyspie Korfu.  Ta poranna przygoda, utwierdziła mnie w przekonaniu, że musi to być kościół św. Spirydona. Bo jeśli mieszkańcy wyspy potrafią iść do niego na kolanach, to musi on być dla nich najważniejszy.

     Święty Spirydon pochodził z Cypru i żył na przełomie III i IV wieku n.e. Był  pasterzem. Mówiono o nim, że zawsze  dbał o dobro drugiego człowieka i miał w sobie ogromną pokorę wobec Boga. Po śmierci żony postanowił, że zostanie księdzem. Podobno zawsze chodził w jednym, jak najskromniejszym ubraniu. Wszystko co miał oddawał biednym, zyskując sobie ich miłość. Kiedy zmarł biskup Cypru, ludzie sami wybrali  Spirydona na jego  następcę. Jednak nawet po tym wydarzeniu, Spirydon zawsze odznaczał się wielką skromnością.

       Atrybutem  świętego  jest cegła, z której unoszą się płomienie, a z dołu kapie woda i usypuje się ziemia. Jest to pamiątka  wydarzenia, kiedy święty wytłumaczył ludziom czym  jest Trójca Święta, którą wcześniej często postrzegano  jako trzy różne bóstwa. Trójca Święta, została przyrównana do cegły, która powstaje z trzech elementów: ziemi, ognia i wody. I to właśnie te trzy elementy, tworzą całość; podobnie  jak Trójca Święta, symbolizuje jednego Boga.

      Po śmierci Spirydona, jego ciało trafiło to Konstantynopola, a następnie przetransportowane  zostało na Korfu. Podobno kiedy po czasie otworzono trumnę, ciało nie uległo rozkładowi, pachniało przy tym bazylią.

      Obecnie ciało świętego  znajduje się w kościele pod  jego wezwaniem, w prawej części tuż przy ikonostasie. Do dziś  jest bardzo dobrze zachowane, co można zobaczyć na własne oczy.

      Kościół, gdzie znajduje się ciało świętego,  powstał w 1590 roku. Rozpoznać można go po bardzo wysokiej dzwonnicy, która góruje nad  miastem.  Sama bryła budowli nie wyróżnia się niczym szczególnym. Jeśliby nie patrzeć do góry, łatwo ten kościół przeoczyć. Ściśnięty między innymi budynkami, chowa się w wąskich uliczkach miasta.

       W kontraście do prostej bryły zewnętrznej,  bogato zdobione jest jego wnętrze, które nawet w najbardziej słoneczny dzień, zawsze pozostaje zaciemnione. To na co należy zwrócić szczególną uwagę, to malowidła na sklepieniu z XVIII wieku  autorstwa Panagiotisa Doxarasa, malarza zafascynowanego dokonaniami mistrzów włoskiego baroku. Częściowo skopiowane później  malowidła, przedstawiają życie świętego.

P1110030

     Pamięć o patronie wyspy, wśród mieszkańców jest wciąż żywa. Wierzy się, że to właśnie święty Spirydon uchronił wyspę przed najazdami Turków czy też  epidemiami. Na pamiątkę tych wydarzeń, dwa razy w roku  (11 sierpnia i 12 grudnia), na Korfu urządzana jest procesja ku czci świętego. Wielki szacunek wobec św. Spirydona przejawia się w czymś jeszcze. Imię Spirydon, czy też jego krótsza wersja –  Spiro, jest najczęściej występującym imieniem u męskiej części mieszkańców Korfu. Wystarczy przejść się ulicą tuż przy kościele, by usłyszeć jak śpiewnie wciąż jest wykrzykiwane.

 

 

 

 

Co się dzieje, kiedy spotykają się dwa zupełnie różne światy? Czyli – nasz mały, uroczy, grecki ślub (część 2/2)… niedziela, 22 czerwca 2014

     Do pierwszego spotkania mojej rodziny z rodzinką Sałatki, doszło na naszym ślubie. Nasi rodzice nie widzieli się jeszcze nigdy wcześniej. Ślub był więc dla nas okresem podwójnie szczególnym. Dla mnie było to jak zetknięcie się dwóch różnych światów, w których na co dzień  symultanicznie funkcjonuje.

       Na kilka dni przed ślubem udaliśmy się z moimi rodzicami do słynnych Meteor. Jak można się domyślić, było fantastycznie. Wspomnienia po takich podróżach mogą być jednak naprawdę różne. I tak dla przykładu, największą ciekawostką która zafrapowała mojego tatę, był fakt, że w Meteorach kręcony był James Bond.

     -Tato, to jest kuzyn Janiego – Ogórek. – Ogórek, który na ślubie był świadkiem, stał jakiś nieswój, lekko zestresowany. Jak okazało się później przyczyną stresu było rozporządzenie Cytryny, że ma mieć na sobie białą koszulę i na dodatek krawat.

    -A ja jestem… James… James Bond! – nie mam pojęcia dlaczego, ale tak właśnie zafascynowany Meteorami, przedstawił się mój tata. Widok zbitej z tropu miny Ogórka, wart był miliony.

    Chwilę później wszyscy, wraz z Jamesem Bondem, weszliśmy do tawerny.

       Jak różne są nasze kultury, pomimo że żyjemy przecież  w jednej, tej samej Europie odzwierciedla to, że nawet przy pomocy gestów nikt nie mógł się dogadać. Dla przypomnienia dodam, że w Grecji ruchy głowy na „tak” i „nie” są inne niż w Polsce. Post na ten temat jest  TUTAJ! Tak więc nie dość, że nikt nie mówił w swoim języku, nie można było się dogadać z najprostszym „tak” i „nie”, bo kiedy ktoś z mojej rodziny odpowiadał „tak”, wszyscy Grecy odbierali to jako „nie”. Z kolei nikt z Polaków nie mógł zrozumieć, dlaczego ciągle ktoś „cmoka” czy wytrzeszcza oczy podnosząc jednocześnie brwi.

    -Naprawdę… Trudno się w tym połapać. Ach! Wy Grecy! – powiedziała moja mama.

    -Jak to… Przecież to z wami nie można dojść do ładu… – zaczęła Feta. – Jak już coś uzgodnimy i na coś się zgodzicie, to po chwili znów zmiana zdania i mówicie „noo, noo”! A tak na marginesie, to jak to się stało, że wszyscy przyjechaliście chorzy?

    -Chorzy? – podrapałam się po głowie.

    -No, tak. Twoi rodzice są przeziębieni, prawda?

    -Nie! Dlaczego?

   -Bo ciągle ktoś pije herbatę z cytryną! Aaa! To może ot tak, na wzmocnienie! Ach, wy Polacy…

     No i jak tu dojść do porozumienia? Dopiero wtedy, siedząc przy tym  stole, przypomniało mi się, jakie trudne były moje greckie początki. Jak dosłownie wszystko mnie dziwiło i jak zupełnie nie potrafiłam się z nikim dogadać nawet na płaszczyźnie gestów. Rzeczywiście, tyle się od tego czasu nauczyłam i tyle się we mnie pozmieniało. Czasem było ciężko, ale życie w innej kulturze  niesamowicie poszerza horyzonty.

      Po obiedzie udaliśmy się do Oliwy. Ponieważ babcia niedomaga i lekarz pozwolił wychodzić jej najdalej do ogródka, Oliwa nie mogła przyjść na ślub, ani na obiad. Stała w drzwiach kiedy wchodziliśmy. Wycałowała nasz wszystkich, co chwilę składając ręce do Boga i żegnając się, by nikogo przypadkiem nie zauroczyć.

    -Ależ wy wszyscy młodzi i piękni! No! Chodźcie dzieci do środka!

     Kiedy usiedliśmy już wygodnie, Oliwa spytała:

     -Ale Jani… To ty jesteś taki… komunista!

     Hmmm??? Tym razem Jani został zbity z tropu. Po chwili babcia dodała:

    -Nie wiesz? Śluby cywilne, to przecież biorą komuniści!

     Babcia uwielbia rozmawiać. I jej akurat bynajmniej nie przeszkadza ani bariera językowa ani nawet różnice w gestach. Wystarczyło tylko, że moja mama zadała pytanie:

    -A ile babcia miała dzieci?

    Oliwa zeskoczyła  z łóżka. Jedną ręką chwyciła laskę, a drugą rękę mojej mamy:

     -Chodź moje dziecko! Wszystko ci opowiem!

     Jak w każdym typowym, greckim domu na jednej ze ścian domu Oliwy znajdują się fotografie wszystkich członków rodziny. Babcia,  niczym zafascynowany swoim przedmiotem nauczyciel, zupełnie jak na lekcji, najpierw pokazywała postać laską, poczym tłumaczyła kto kim jest, czym się w życiu zajmował, jaki był i kiedy ewentualnie zmarł. Wykład babci trwał dobre dwadzieścia minut. Żaden członek rodziny nie mógł zostać pominięty.

    A jakie pytania zadawała babcia, by dowiedzieć się czegoś o Polsce? Ku zaskoczeniu wszystkich, chciała wiedzieć ja ma się ekonomia, czy u nas też jest  kryzys i czy dzieje się coś ciekawego w życiu publicznym.

 

      Mimo, że  głowa nieraz bolała mnie od tłumaczeń, było  wspaniale i wszyscy przez tych kilka dni bawili się świetnie. Obecnie stanowimy już  jedną wielką i bardzo kolorową rodzinę.

z cyklu: JADĘ DO GRECJI NA WAKACJE – 10 powodów, dla których warto jechać do Grecji na wakacje… wtorek, 17 czerwca 2014

   Grecja staje się coraz bardziej popularnym celem wakacyjnych wypraw i to nie tylko wśród Polaków. Jak co roku na greckich wyspach, w miesiącach letnich panuje prawdziwe zatrzęsienie. Jeśli jeszcze nie zdecydowaliście się, gdzie w tym roku wybrać się na wakacje, tutaj znajdziecie odpowiedź, dlaczego to właśnie Grecja jest strzałem w dziesiątkę!

GRECKA LEKKOŚĆ ŻYCIA. Kryje się w zawsze słonecznej pogodzie. Na twarzy roześmianego Greka. W rytualne picia mikroskopijnej wielkości filiżanki kawy -  godzinami. W tym, że nikt tu nie jest na czas, tak więc nikt nikogo nie pogania. W delektowaniu się jedzeniem w najprostszej formie i najlepszej zarazem jakości. W tym, że zawsze  ktoś  poklepie cię po ramieniu.  Tak można wyliczać jeszcze wiele… Lekkość bytu jaka panuje w Grecji udziela się każdemu i myślę, że to jest  główny powód, który co roku przyciąga do Ellady tak wiele osób.

SŁONECZNA POGODA – GWARANTOWANA! Mniej więcej od połowy czerwca, do połowy września, niebo nad całą Grecją  wygląda tak jak na poniższym zdjęciu. Jest to naprawdę niesamowite, ale ta pogoda nigdy się nie zmienia! Słońce i  idealna pogoda do plażowania czy też kąpieli  latem gwarantowana jest tu zawsze. Fakt, że nie wszyscy lubują się w 45 stopniowych upałach w lipcu czy sierpniu, no… ale to już zostawmy jako temat na lipcowy post!

PLAŻE JAK Z RELAKSUJĄCEJ  WIZUALIZACJI. Błękitne morze, które przybiera zdaje się wszystkie istniejące odcienie niebieskiego… Drobny, złotawy piasek, czy też idealnie obłe, białe kamienie… Wiecznie niebieskie niebo, oddzielające się cienką linią od morza… Biała łódka, która nieśpiesznie przesuwa się w tylko sobie znanym kierunku. I najpiękniejsza muzyka świata, czyli szum fal… Zawsze kiedy natychmiast chcę się zrelaksować, przywołuje właśnie taki obrazek. Teraz na szczęście nie muszę – widzę go właściwie codziennie!

MNIAM… MNIAM… MNIAM… CZYLI GRECKIE JEDZENIE. Jeśli nie jesteście fanami owoców morza, Grecja jest wymarzonym miejsce, by się przełamać! O tym jak smakują różnego rodzaju jadalne skarby morskich głębin, można przekonać się właśnie tutaj. A przy tym, najróżniejsze, wyśmienite sery… Oliwa z oliwek najwyższej jakości… Warzywa i owoce… Mięso przesiąknięte aromatem ziół… No właśnie! I te zioła rosnące tuż przy morzu. A przy tym lekkie białe wino… Czy do pełni szczęścia trzeba czegoś więcej?

(Więcej na temat greckich tawern przeczytasz TU!)

KAWA NA ZIMNO, CZYLI  FREDDO CAPPUCCINO! To zdaje się najpopularniejszy napój każdego lata w Grecji. Piją ją wszyscy i to absolutnie wszędzie! Dlaczego? Daje prawdziwe orzeźwienie w czasie upałów oraz kofeinowej dawki energii. Wystarczy raz posmakować, aby naprawdę się zakochać! (Kliknij TUTAJ! by dowiedzieć się jak zrobić taką kawę samodzielnie w domu.)

LETNIE SANDAŁKI. Absolutny hit, jaki można nabyć tylko w  Grecji. Post na ten temat znajduje się TU! i TUTAJ! Wystarczy jedynie  spojrzeć kobiecym okiem, by chwilę potem się zahipnotyzować. Greckie, letnie buty są zupełnie niepowtarzalne, a przy tym naprawdę trwałe. Poza tym,  trzeba naprawdę się  natrudzić, by znaleźć dwie  identyczne  pary.

HISTORIA PRZEZ WIELKIE „H” NA KAŻDYM KROKU. Po trzech latach mieszkania w Elladzie, powoli przestaję już nawet zwracać uwagę, że przechodzę obok „Świątyni Zeusa z II w n.e.”, czy też „Starożytnego teatru z III w p.n.e.”. W Grecji tego typu zabytków jest naprawdę tak wiele, że spotyka się je na każdym kroku. Co zakręt, to starożytne ruiny! Czasem śmieje się, że strach głębiej kopać w ogródku… ;)))

WARZYWA I OWOCE. Będąc w Grecji warto wybrać się na najzwyklejszy miejski targ. Rozmiary ogórka, cebuli, papryki czy też czosnku mogą naprawdę zdziwić. Co prawda nadal na początku czerwca, szlocham z tęsknoty do polskich truskawek, jagód, a później  malin (tych dwóch ostatnich w Grecji nie ma!), ale smak greckich pomarańczy, brzoskwiń czy też cytryn, jest całkiem miłą rekompensatą.

GRECKA RÓŻNORODNOŚĆ. Każda grecka  wyspa to zupełnie inna bajka. Tak dla przykładu… Santorini nie można nawet porównać do Korfu. Korfu do Rodos. Rodos do Krety. A Krety do Kos. Tak wyliczać  można w nieskończoność, a przecież jeszcze  inaczej wygląda grecki ląd! Niemalże dziewiczy teren Wielkiej i Małej Prespy lub  tętniące życiem Ateny. Każdy kto jedzie do Grecji odnajdzie tu swoje miejsce, w którym z pewnością się zakocha.

WZGLĘDNIE NISKIE CENY.  Obecna kryzysowa sytuacja ma przynajmniej jeden wielki plus. W Grecji spadły ceny na przykład usług. Każdy, kto pracuje w sektorze turystycznym jeszcze bardziej się stara. W wielu miejscach wciąż można się targować. I mimo, że od długiego czasu  Grecja jest w strefie Euro, ceny są zupełnie przystępne i fantastyczne  wakacje, można zorganizować  za całkiem niską cenę.

 

 

Jak dawniej wyglądał tradycyjny, grecki ślub?… niedziela, 15 czerwca 2014

     Drążąc temat tradycyjnych ślubów, jakie odbywały się w Grecji dawniej, doszukałam się tylu najróżniejszych obrzędów, zmieniających się w zależności od regionu, że całość to zdaje się temat   na   książkę. Obrzędy obrzędami!  Mnie najbardziej zastanawiał  jednak fakt, dlaczego Feta otwarcie zazdrości mi tego, że ślub biorę w XXI wieku. Tak więc… Co kryje się za niektórymi z tych obrzędów  i jakie jest ich znaczenie?

Zdjęcie tuż po ślubie - dawniej….

Zdjęcie tuż po ślubie – dawniej…

     Po dość długiej rozmowie z Fetą i zagłębieniu się w temacie ślubu, wniosek nasunął się sam: pozycja kobiety w Grecji  jeszcze za czasów matki Fety, czyli pokolenia naszych babć, a kobiety współczesnej, to dwie zupełnie różne bajki. Pokoleniem przejściowym, które wywalczyło zupełną już niezależność kobiet współczesnych, było pokolenie obecnych 50, 60-latek, których przedstawicielką jest moja teściowa, czyli Feta.

     Oto kilka przykładów typowych greckich tradycji związanych ze ślubem, które funkcjonowały w Grecji dawniej…

Wybór przyszłego męża…

Jak można się domyślić, wybór przyszłego męża nie wyglądał zbyt romantycznie. Zazwyczaj to rodzice wybierali męża swojej córce. Co zdaje się, jest to dość zbieżne z  tradycją w dawnej Polsce, to kim będzie przyszły mąż, zależało w dużym stopniu od posagu panny młodej. Tak więc im większy posag, tym i lepszy chłop!

Przed ślubem…

Przed ślubem panna młoda nie powinna nawet rozmawiać ze swoimi przyszłymi teściami. Powinna wykazywać się skrajną skromnością i nigdy, broń Boże nie odzywać się jako pierwsza. Najlepiej jeśli unikałaby całkowicie  spotkań z przyszłymi teściami. Jeśli rodzice pana młodego, chcieliby  z nią porozmawiać najpierw wręczali dziewczynie miętę. Dopiero po takim podarunku, następowała  rozmowa.

    Dość powszechnym zwyczajem przed samym ślubem było rozkładanie na łóżku prześcieradeł, obrusów, poszewek, jakie panna młoda dostawała w posagu. Do domu  schodzili się sąsiedzi i na tak zasłane łóżko, rzucali pieniądze. Na koniec na łóżko kładło się również niemowlaka, co miało przyśpieszyć narodzenie się nowego potomstwa.

     „-Zastanawiałam się nawet czy by nie zrobić czegoś takiego jak Olivka kiedyś będzie wychodzić za mąż.  – wtrąciła Feta, a po chwilce dodała: – Ale wiem, że by mnie… zabiła! Lepiej więc nie ryzykować… W każdym razie prześcieradła, zasłony, firanki, obrusy  mam już gotowe. No i przez cały czas Oliwa haftuje Olivce  nowe. Trochę się tego nazbierało i już nie wiem, gdzie mam to wszystko chować.. .”

Po ślubie…

W typowym greckim małżeństwie, teściowa zawsze ma wiele do powiedzenia. I to od samego początku. Zgodnie z tradycją, rankiem po nocy poślubnej, wchodziła do pokoju nowożeńców by na własne oczy sprawdzić, czy na prześcieradle jest plamka krwi, by przekonać się czy oby na pewno panna młoda  była dziewicą.

      Po ślubie w typowym Greckim domu, kobieta prawie nigdy nie pracowała. Utrzymanie całej rodziny  miał na głowie mężczyzna. Kobieta zajmowała się prowadzeniem domu i dbaniem o dzieci.

     Bardzo ciekawego zwyczaju dotyczącego życia zamężnych kobiet, doczytałam się  w jednym z przewodników po Wyspach Jońskich. Za czasów  panowania na tych wyspach Wenecjan, kobiety które jeśli już wychodziły z domów (co nie było zbyt częste…), nie tylko musiały mieć zakryte całe ciało. Również i na twarzach nosiły  ciemne maski, tak żeby zupełnie nic nie było widoczne.

      Jak jest dzisiaj? Na szczęście czasy się zmieniają, ale pozostałości układu patriarchalnego  wciąż dość ciężko wiszą w greckim powietrzu. Wystarczy wejść do  pierwszego lepszego kafenijo, czyli typowej kawiarenki   dla starszego pokolenia Greków. Przy  kawie, szklaneczce ouzo, czy też drobnej przekąsce – sami mężczyźni. A gdzie kobiety? Jak to gdzie… W domu!

 

Zdjęcie tuż po ślubie - dziś…

Zdjęcie tuż po ślubie – dziś!

Więcej na temat tego, czym jest greckie kafenijo – już w przyszłym miesiącu!

 

 

Brzoskwiniowe lato!… środa, 11 czerwca 2014

     Pamiętam, że do momentu kiedy nie zamieszkałam w Grecji, brzoskwinie specjalnie nie należały do moich ulubionych  owoców. W ich smaku nie potrafiłam doszukać się niczego ciekawego. Do momentu… kiedy spróbowałam tych w wydaniu greckim, w sezonie letnim. Obok wielu owoców, jakie rosną w krajach śródziemnomorskich, smak brzoskwiń które sprzedawane są w Polsce, blednie w porównaniu do tego, jak potrafią smakować w Elladzie.

    Słodkie… Soczyste… Miękkie…

 

    Powoli, acz systematycznie zaczynają wypełniać skrzynki na targowiskach czy też u przydrożnych sprzedawców owoców  i stają się coraz bardziej dorodne. Już właściwie na dniach będą idealnie  dojrzałe. Bez dwóch zdań, brzoskwinie to moje ulubione owoce w okresie letnim! Często przez długie tygodnie potrafię jeść je prawie codziennie na śniadanie. A propos… kolejny post ze śniadaniowego cyklu z brzoskwiniami w roli głównej już niebawem!

 

    Jeśli w tym roku udajecie się do Grecji na wakacje, pamiętajcie by odwiedzając plaże, starożytne zbytki, czy też  greckie miasteczka, koniecznie zajrzeć na typowe greckie targowisko! To co można w nim  znaleźć, niejednokrotnie wprawia w osłupienie…