Moje wywiady radiowe… środa, 25 stycznia 2017

 

Ze studia w radiowej "Czwórce"

Ze studia w radiowej „Czwórce”

Mój zimowy pobyt w Polsce okazał się być dość intensywny. Właśnie wróciłam z Warszawy, gdzie miałam wielką przyjemność udzielić dwóch wywiadów radiowych o Grecji i o Korfu. Nie sądziłam, że bycie w radiu i mówienie o Grecji, będzie dla mnie taką frajdą! Było naprawdę świetnie, a zobaczenie jak takie audycje powstają było szalenie interesującym doświadczeniem. Mam nadzieję, że nie jest to moja ostatnia wizyta w radiowym studio, bo ta przygoda niesamowicie mi się spodobała!

Klikając na link niżej, możecie przesłuchać mojego wywiadu dla „Radia dla Ciebie”, gdzie w audycji KOBIECY WIECZÓR opowiadam, jak mieszka mi się w Grecji i jak pracuje się na Korfu:


http://www.rdc.pl/podcast/zawsze-bardzo-mocno-podkreslam-ze-dla-grekow-pieniadze-nie-sa-najwazniejsze-posluchaj/

A tutaj możecie przesłuchać wywiadu dla radiowej „Czwórki”, gdzie w audycji DAJESZ RADĘ, rozmawiałyśmy przede wszystkim o tym jak rozkręca się własną firmę na Korfu:


http://www.polskieradio.pl/10/4339/Artykul/1719103,Dajesz-rade-23012017-1403

 

Miłego słuchania! ;D

 

Z CYKLU: zacznij lekko poniedziałek – Zima w Grecji… poniedziałek, 16 stycznia 2017

 

Autorka zdjęcia: http://memody.weebly.com/

Blog autorki zdjęcia:
http://memody.weebly.com/

Przy każdej mojej wizycie w kraju, najczęstsze zdanie które słysze po tym, jak powiem że na stałe mieszkam w Grecji, brzmi mniej więcej tak:

Boooże…  Jak ja ci zazdroszczę! Nie znoszę polskiej zimy… Tu jest zimno, szaro – buro i w ogóle nie ma słońca. Na dodatek ciemno robi się już chwilę po 16. Zrobiłbym wszystko by właśnie teraz być w słonecznej Grecji!

Istnieją trzy największe stereotypy na temat Grecji i Greków. Stereotyp  nr 1: Grecy to lenie. Stereotyp nr 2: wszyscy Grecy zdradzają. I stereotyp nr 3: grecka zima jest super!

Do pierwszych dwóch jeszcze wrócimy. Natomiast skąd wziął się stereotyp nr 3? Już wyjaśniam! Wystarczy włączyć radio:  (…) Dziś najcieplejszą stolicą Europy są Ateny! Pomimo że mamy styczeń, dziś  jest tam aż 5 stopni na plusie. Czy też obejrzeć prognozę pogody, gdzie widać że w Grecji zimą temperatury rzadko  spadają poniżej zera. Czy też zerknąć na średnie temperatur w Grecji opisane  w przewodnikach czy też necie. Wszędzie powtarzają się te same informacje.

Liczby i statystyki to jedno. A praktyka, to często zupełnie inna para kaloszy. W rzeczywistości grecka zima potrafi być naprawdę paskudna, a ja zawsze bardzo się cieszę, że pewną jej część mogę spędzić w Polsce.

Zimą w Grecji, tak samo jak w Polsce ciemno robi się tuż po 16.00. Słońce chowa się przy tym ekspresowo szybko, tak że często w 20 minut robi się zupełnie ciemno. Zimą w Polsce pada śnieg i z perspektywy Greków, potwierdzę: padający śnieg i to jak po tym wygląda świat,  to jedno  najbardziej magicznych zjawisk jakie dzieją się w przyrodzie.  W Grecji śnieg jest czymś zupełnie wyjątkowym. Przez całą zimę, w wielu regionach Ellady, panuje więc jedna wielka szarość. Słońce, rzecz jasna pojawia się częściej niż w północnej części Europy, ale zdecydowanie przez większą część zimy, dni są również pochmurne.  Szczęście jeśli nie pada i nie wieje. Bo w szczególności na wyspach potrafi wiać tak, że spacerując po ulicach można z łatwością przelecieć się  do krainy Oz!

To prawda. Temperatury w Grecji zimą są znacznie wyższe. Ale! Ponieważ Grecja jest krajem nadmorskim, ogromna ilość miast, miasteczek i wiosek jest przy morzu. Co z tego wynika? Niesamowita wilgotność powietrza. Wilgoć + niska temperatura = takie zimno, że mrozi aż po sam szpik kości. Choć temperatura potrafi wahać się w okolicy 5 stopni na plusie, można mieć wrażenie, że jest nawet i minus dziesięć. Daje słowo! Kiedy jeszcze mieszkaliśmy z Janim w Polsce na stałe, gdy  zjawialiśmy się zimą w Grecji, miliśmy wrażenie, że w Grecji jest znacznie zimniej niż w Polsce.

Jednak najgorszą rzeczą jest to… że wiele domów w Elladzie jest ogrzewana na olej opałowy, a ten jest bardzo drogi. Mało kto może pozwolić sobie na kaloryfer, który działa całą dobę. Standardem jest więc, że mieszkania ogrzewa się trzy godziny rano i trzy godziny wieczorem. Jaki jest rezultat? W mieszkaniach potrafi być przeraźliwie zimno!

Nie dajcie się więc zwieść informacjom w programach z prognozą pogody! Polska zima jest naprawdę super! Wystarczy po prostu cieplej się ubrać i aktywniej korzystać ze słonecznych dni, kiedy takie już się pojawiają, jak najwięcej przebywając wtedy na zewnątrz.

A jeśli macie ochotę poczuć się zimą jak w Grecji - proszę bardzo:D Nic prostszego…  Kiedy temperatura na zewnątrz wynosi mniej więcej zero, wyłączcie na jakieś sześć godzin kaloryfer i nie wychodźcie wtedy z domu! Rezultat jest rewelacyjny… Od razu docenicie polską zimę i to jakim luksusem jest ciepło:D

www.salatkapogreckuwpodrozy.pl

www.salatkapogreckuwpodrozy.pl

 

Polacy, którzy są dla mnie jak zastrzyk energii… piątek, 29 stycznia 2016

Na Sałatce stało się już tradycją, że przy mojej każdej wizycie w kraju, pojawia się post o najfajniejszych rzeczach w Polsce. Taka jest natura człowieka, że najbardziej docenia się to, czego nie można mieć co dzień. O rzeczach, które według mnie są w Polsce najfajniejsze było już kilka razy. Przeczytacie o nich TU! TU!  i  TUTAJ! oraz TU! W tym poście temat o podobnej tematyce, ale z zupełnie innej strony.

Dzisiaj będzie o kilku osobach, które być może również i Wy znacie. Są to takie zwykłe / niezwykłe osoby, które podziwiam, które przez swoją osobowość i to co w życiu robią, są dla mnie jak zastrzyk energii. Sprawiają, że każdego ranka chce mi się zjeść zdrowe śniadanie, wypróbować nowy make-up, dobrze zorganizować dzień, wprowadzać nowe, dobre nawyki, uśmiechać nawet jeśli coś nie idzie po mojej myśli, a wieczorem przed snem przeczytać dobrą książkę – na jaką tylko mam ochotę!

Wszystkie te osoby łączy jedna cecha. Jest nią – kreatywność. Myślę, że to jedna z najlepszych cech naszego narodu.

A którzy Polacy Was inspirują? Piszcie koniecznie w komentarzach! Jestem bardzo ciekawa – być może dzięki Wam uda mi się odkryć inne osoby.

ANIA – pisze bloga aniamaluje.com

Na bloga Ani przypadkiem wpadła moja siostra. I to ona kilka razy namawiała mnie do czytania. Przyznam, że przy pierwszych kilku podejściach, nie widziałam w nim niczego szczególnego. Ale moja siostra mówiła o nim tak często, że postanowiłam przysiąść do niego porządnie. I tak wpadłam! Obecnie jestem jedym z wielu wiernych czytelników. Ania cierpi na poważną chorobę płuc. To znaczy „cierpi”, to chyba najmniej odpowiednie słowo, bo Ania tak naprawdę kipi życiem. Dzięki odpowiedniej diecie oraz zmienieniu podejścia do świata, wyszła zupełnie na prostą. W swoim blogu pisze o takich zwykłych, codziennych rzeczach, które zmieniają jakość życia. To właśnie dzięki blogowi Ani zawdzięczam fakt, że kiedy po przepracowanym sezonie byłam blisko anemii, wyleczyłam się nie używając nawet jednej tabletki. Czym nadrobiłam utratę żelaza? Zgodnie z poradą Ani – pokrzywą!:DDD

BOGUSIA – prowadzi kanał urodowy Anioł na Resorach

Na kanał Bogusi też trafiłam zupełnie przypadkiem. Obejrzałam kilka filmików i po każdym z nich zauważałam, że polepsza się mój humor, jakbym zjadła porcję czekoladowych lodów. Kanał Bogusi uratował mnie kilka razy przed typowym,  emigracyjnym dołem w takim najcięższym okresie po przeprowadzce do Grecji (o tym jeszcze w swoim czasie też będzie…). Bogusia to osoba z niesamowitą energią i zawsze kiedy niczego mi się nie chce, puszczam któryś z jej filmików. Z typowego, babskiego marudzenia, moje myślenie zmienia swój tor na to by zaplanować co by tu założyć jutro i jak by tu się pomalować. Ogromną wartością tego kanału, jest otwieranie oczu na problemy osób z niepełnosprawnością,  świadomość tego, że takie osoby są wśród nas i że musimy robić wszystko, by żyło się im jak najlepiej.

EDYTA ZAJĄC – psycholog, coach, mama, autorka bloga edytazajac.pl

Osób zajmujących się rozwojem osobistym, jest coraz więcej. (I bardzo dobrze!) Ja najbardziej cenie porady Edyty Zając. Dlaczego? Bo jeśli ktoś jest mamą dwójki brzdąców, żoną, pracuje, zajmuje się domem,  prowadzi bloga, pisze i do tego ma jeszcze czas na swoje przyjemności… Znaczy to, że naprawdę  wie o czym mówi! Dzięki blogowi Edyty wiem jak zarządzać swoim czasem, jak wprowadzać dobre nawyki, co robić by z dnia na dzień, tygodnia na tydzień, miesiąca na miesiąc, moje życie było coraz lepsze.

MIKOŁAJ MAŁACZYŃSKI – twórca Legimi, mój kolega;)

Wiadomości o pewnym nowatorskim sposobie czytania e-booków, dochodziły do mnie z dość dużą częstotliwością. Dopiero po czasie dowiedziałam się czym właściwie jest Legimi i że jego twórcą jest mój kolega z okresu studiów. Kiedy się o tym dowiedziałam, myślałam że spadnę z krzesła. Postać Mikołaja i to co już udało mu się osiągnąć jest dla mnie niezbitym dowodem na to, że naprawdę wartościową karierę buduje się ciężką pracą, niesztampowym myśleniem, odwagą, świadomością potrzeb ludzi i niezwykłą kreatywnością. Za każdym razem, kiedy mój wzrok trafia na znaczek Legimi, w mojej głowie pojawia się motywująca jak nic innego świadomość, że jeśli udało się Mikołajowi, to uda się i mnie:D

 

Z CYKLU: zacznij lekko poniedziałek – Co fajnego w Polsce?… poniedziałek, 9 lutego 2015

 

    Co prawda postów na temat rzeczy związanych z Polską, za którymi mi tęskno, było już wcześniej co najmniej kilka. Przy każdej wizycie przypomina mi się jednak coś nowego. Myślę, że to bardzo dobry pomysł, by robić ich podsumowanie, za każdym razem kiedy jestem w kraju. Warto o nich przypominać, szczególnie przez wzgląd na to, że często o takich codziennych dobrodziejstwach się zapomina, mając je na wyciągnięcie ręki…

     Tak więc…

Co fajnego w Polsce?

Moja kolejna dziesiątka!

(kolejność jest przypadkowa)

 

1. UROK OSOBISTY… Za każdym razem kiedy przylatuję do Polski, przypomina mi się, że moją ojczyzną jest kraj o niesamowitym uroku osobistym. Kolorowe kamienice w większych miastach. Rynki, ryneczki.  Osobliwe chatynki na wsiach. Brzozowe lasy sprószone śniegiem. Pola układające się w różnokolorowe pasy. Wszędzie, gdzie nie spojrzeć kryje się czasem trudny do określenia urok osobisty.  Łatwiej go dostrzec, kiedy wraca się do Polski po dłuższej nieobecności.

 

2. „DZIARSKI DZIADEK” ANTONIEGO HUCZYŃSKIEGO… Jestem właśnie po lekturze tej książki, którą przeczytałam od deski do deski. Gdybym była ministrem edukacji, włączyłabym ją do lektur obowiązkowych w szkole! Dlaczego? Pan Antoni w niezwykle przystępny sposób pisze co robić by w fenomenalnej kondycji (fizycznej i psychicznej) dożyć późnej starości. Co jeść? Jakie ćwiczenia wykonywać? Jak zaprzyjaźnić się z zimnem? Wszystkie jego sposoby to proste nawyki, dostosowane do warunków polskich. Ta książka wywarła na mnie ogromne wrażenie z jeszcze jednego względu… Pokazuje jak ważne w życiu jest pozytywne nastawienie, wyznaczanie sobie celów, hart ducha i dlaczego: nie ma nic gorszego niż poczucie nadmiernego komfortu. Jestem pod absolutnym wrażeniem osoby pana Antoniego i wiele z jego zaleceń już wcielam w moją codzienność. Koniecznie tę książkę przeczytajcie!

 

źródło: Dziarski dziadek. Mój sposób na długowieczność, Antoni Huczyński, Biblioteka Gazety Wyborczej, Wa-wa, 2014

źródło: Dziarski dziadek. Mój sposób na długowieczność, Antoni Huczyński, Biblioteka Gazety Wyborczej, Wa-wa, 2014

3. WODY MINERALNE… Co prawda woda z kranu w Grecji jest jak najbardziej pitna, ale nigdy nie przyzwyczaiłam się do jej smaku, poza tym nie gasi mojego pragnienia. Za każdym razem pierwszą rzeczą, którą robię po przylocie do Polski, to kupienie sobie butelki wody mineralnej. Przepadam na Nałęczowianką, Cisowianką i Muszynianką. Mają świetny smak  i rewelacyjny skład! Przy moim ostatnim pobycie odkryłam, że wiele rejonów w Polsce ma swoje wody mineralne! Najchętniej zabrałabym ze sobą po choć małej buteleczce każdej z nich. Co za  szkoda, że jest to niemożliwe!

 

4. ZIAJA MED… Przykład na to, że bardzo dobre kosmetyki, mogą mieć naprawdę niską cenę. A kosmetyk, który jest dobry jakościowo, może być dostępny dla każdego. Na całe szczęście w tym przypadku, jestem w stanie zabrać ze sobą całkiem pokaźną kolekcję i cieszyć się nią przez najbliższe miesiące.

 

5. ŚLEDŹ… Moim ulubionym jest ten w najprostszej postaci. Bardzo zdrowy i szalenie  smaczny. Szczerze zazdroszczę wszystkim, którzy mieszkając w Polsce, śledzia mogą mieć na co dzień!

 

6. WYSOKIE OBCASY EXTRA… Jest to według mnie najlepszy magazyn kobiecy w Polsce. Dobre teksty, ciekawe wywiady. Rewelacyjne zdjęcia w sekcji kulinarnej. Co prawda zawsze mogę kupić wersję elektroniczną, ale przed samym wylotem na pewno skoczę do kiosku, by nacieszyć się  papierowym wydaniem.

 

7. KAPUŚNIAK… Nie ma nic lepszego, niż ciepła zupa w zimowy dzień. A smak polskiego kapuśniaku, to prawdziwy unikat, który jest nie do podrobienia. Ani mięsa wędzonego, ani tym bardziej kapusty kiszonej nie można dostać w Grecji.  Po raz kolejny więc zazdroszczę, wszystkim którzy mieszkają w Polsce!

 

8. FACET (NIE)POTRZEBY OD ZARAZ… Jest to najlepszy polski film, który ostatnio widziałam. Wbrew pozorom wcale nie jest to jedynie zabawna komedia romantyczna… Gorąco polecam szczególnie pokoleniu 30latów, ponieważ ten film znakomicie opowiada o wielu naszych problemach. A przy tym Warszawa, pokazana jest tu tak pięknie! Od razu chce się do niej jechać…

9. URZĘDY… W tym momencie jesteście pewnie zaskoczeni… Ale daję słowo, że w porównaniu do tego jak funkcjonują urzędy w Grecji, te polskie działają rewelacyjnie. Wszystko zazwyczaj jest na czas. Na określony problem / zadnie jest jedna wersja rozwiązania (w Grecji, co urzędnik to zupełnie inne wyjaśnienie). Nie ma strajków. Każdy siedzi w swoim pokoju. Wszystko takie zorganizowane… Ujmując krótko – urzędniczy raj na ziemi!

 

10. KASZKA SMAKIJA… To moje niewinne uzależnienie… Po kilka razy wypróbowałam wszystkie smaki i stwierdzam, że najlepsze jest wydanie malinowe! Mniam… Mniam… Mniam…

 

A jakie są wasze ulubione rzeczy dostępne w Polsce??? Koniecznie piszcie w komentarzach!!!

I już nie mogę doczekać się kolejnej wizyty w Polsce ;DD

 

Z CYKLU: zacznij lekko poniedziałek – Moje ukochane śniadanie, które tak dobrze smakuje tylko w Polsce!… poniedziałek, 26 stycznia 2015

   

     Intensywna praca w sezonie i wolny zawód poza nim, to  dla mnie idealne połączenie. Właśnie dzięki temu, kiedy zimą odwiedzam Polskę, mogę  zostać tak długo jak mi się podoba! Nie liczyć dni i w pełni nacieszyć się faktem, że jestem z bliskimi. Ogromnym plusem jest również to, że na wyciągnięcie  ręki mam wszystkie te rzeczy, które w Grecji są nieosiągalne.

     Jestem prawdziwym maniakiem śniadań. Uwielbiam zbierać najróżniejsze pomysły na poranne pyszności. Grecja bynajmniej nie jest krajem „śniadaniowym”, więc rzadko kto potrafi zrozumieć, że jeśli rano nie zjem czegoś konkretnego, to w czasie dnia wszystko mi się miesza i nie potrafię prawidłowo funkcjonować.

     Dziś moje absolutne śniadaniowe numer jeden! Takie śniadanie uwielbiam szczególnie w dni, kiedy mam więcej  czasu. Albo kiedy chce się dodatkowo zmotywować do porannego wstawania. To śniadanie jest  zdrowe, smaczne i dodaje energii. Poza tym jest ciepłe, co powoduje że od razu przyjemnie robi się na żołądku. Co prawda można wykonać je wszędzie, ale w mojej ulubionej wersji ważną rolę odgrywają maliny! Te w Grecji spotkać można bardzo rzadko. A jeśli już są, smakują raczej jak z plastiku…  Za to te dostępne w Polsce, są mistrzostwem świata!

 

SKŁADNIKI

-około 5 łyżek płatków owsianych

-czubata łyżeczka mąki

-jajko

-trochę oleju do smażenia

-maliny (świeże lub mrożone)

-cukier puder

-płatki migdałowe

 

OTO JAK TO ZROBIĆ…

Płatki owsiane najlepiej zalać ciepłą wodą na noc. Ja najbardziej lubię, jeśli płatki są dość duże.  Rano łączymy je z jajkiem, a następnie mąką. Smażymy na patelni w formie niewielkich placków.

 

Następnie trochę malin podgrzewamy w garnku  w niewielkiej ilości wody. Dodajemy około łyżeczki lub dwóch cukru pudru. Lekko gotujemy, tak by powstał ciepły sos, którym  polewamy  placki. Na koniec całość posypujemy płatkami migdałowymi.

 

      Koniecznie spróbujcie! Będziecie zakochani!

    Ten pomysł jest autorstwa mojej przyjaciółki Estery, za który raz jeszcze serdecznie    dziękuję, ponieważ naprawdę urozmaicił moje poranki ;D

    Przyznacie jednak, że śniadania smakują najlepiej w odpowiednim towarzystwie…    Nasz Rychu rano uwielbia najzwyklejsze mleczko ;DD

 

 

Z CYKLU: zacznij lekko poniedziałek oraz z cyklu – BIGOS PO POLSKU – Co słychać u naszego szewca?

      Ostatni post z cyklu „Bigos po polsku” był zatrważająco dawno.  Na szczęście  moja obecna wizyta w Polsce jest doskonałym momentem, żeby uzupełnić ten brak.
       Co prawda w wielu produktach ceny w Grecji pokrywają się z tymi w Polsce. Wciąż jednak wszystko co dotyczy usług w ojczyźnie jest znacznie tańsze. Dlatego też mając w perspektywie przyjazd do domu, zazwyczaj mam coś do naprawienia, podszycia czy wyleczenia. Wizyta u szewca nie była nadzwyczaj konieczna, ale przyznam – nie mogłam się powstrzymać! Dla przypomnienia –  historia naszych szewców znajduje się pod tekstem  tego posta.
~~~~
      W moim prawym bucie ciężko chodził zamek. Nic wielkiego, ale był to doskonały pretekst by odwiedzić nasz zakład szewski. Podobno istnieje stare polskie powiedzenie, że w poniedziałki szewc jest nieczynny, bo w niedziele jest jeszcze pijany. Nie dotyczy to jednak tego przypadku. W zakładzie byłam w poniedziałek z samego rana.
     Otworzyłam drzwi i zapachniało kawą. W zakładzie panowała cisza, a dwaj szewcy skoncentrowani byli na  pracy.
     -Dzień dobry!
     -Witam!
   -Mam jednego buta do naprawy. Ciężko chodzi w nim zamek. Ale sama nie wiem… Jak pan myśli: wymieniać cały, czy może jeszcze nie?
      Szewc podrapał się po głowie i poprawił swoje grube  okulary.
     -Powiem pani tak… Widzę tutaj dwie opcje…
     Chwila ciszy. Znów krótkie drapanie  po głowie i ponowne poprawienie okularów.
     -Pierwsza jest taka, że wymieniamy. A druga – że nie! – powiedział zdecydowanie  i spojrzał czekając na reakcje.
      -Aha… Hmmm… – cóż za pomocna odpowiedź… – Jest zimno i będzie pewnie jeszcze gorzej… Tak więc  -  wymieniamy!
      -Dobrze. Będzie na jutro z rana!
     Szewc schował buta i już chciał wrócić do pracy. Wiedziałam, że o czymś ważnym zapomniał, więc upomniałam się sama:
     -A nie dostanę karteczki?!
     -Nie!
     -Jak to?! U pana w zakładzie zawsze był taki porządek… Kiedy oddawało się buty, zawsze była  karteczka, żeby nikt niczego  nie ukradł. A jeśli komuś spodobałyby się moje buty?
     -Jakie buty? Pani dała mi jednego buta! My tu wszystko mamy pomyślane   jak trza! A kto by chciał ukraść jednego?! Nie słyszałem jeszcze o takim! Jeden to się nikomu nie nada. Co innego dwa! Wtedy rzecz jasna – wydawana jest karteczka! O taka jak ta! – szewc pokazał mi przygotowany notesik z pomarańczowymi kartkami. –Niech pani śpi spokojnie! Pani but jest tu bezpieczny!
     Spałam spokojnie, a następnego dnia nowy suwak chodził bez żadnych zastrzeżeń. Jeszcze tego samego  dnia spadł pierwszy tej zimy śnieg. Dużo śniegu! Moje buty przygotowane były na najgorsze. A ja do listy  ulubionych rzeczy, które robić można w Polsce, dopisałam kolejny punkt… Chodzenie po świeżym śniegu!
http://salatkapogrecku.blog.pl/2012/03/04/dlaczego-swoje-buty-warto-naprawiac-w-polsce-niedziela-4-marca-2012/

BIGOS PO POLSKU – Sztuczna szczęka, czyli część 1… niedziela, 17 marca 2013

 
 
       WSTĘP
 
      (…) Kiedy kończyłam jeść cały (litrowy) słoik bigosu, uświadomiłam sobie, że ten sam znany mi dobrze bigos, tu w Atenach smakuje zupełnie inaczej. Pewnie to wpływ klimatu, otoczenia, powietrza… Ten bigos, mimo że wykonany według tej samej co zawsze receptury – tutaj smakował  bardziej jakby egzotycznie.
    Zaczęłam się zastanawiać, czy  polska rzeczywistość, tak jak ten bigos, z perspektywy kilometrów, może wyglądać  inaczej? Tak jak sałatka po grecku, która dla Greków jest niczym wyjątkowym, dla nas to prawdziwy rarytas… Nie ma co gdybać… Pozostaje  to sprawdzić!
 
 
 
     
 
 
       Moi rodzice mieszkają w domu za miastem, w malutkiej wiosce. Wioska, jakich w Polsce tysiące. Kilka domów. Dwa sklepy. Kościół i remiza strażacka, gdzie w każdą sobotę jest dyskoteka z kolorowymi światłami. Do miasta dwa kroki, a jednocześnie w pięknej  naturze, czyli  zestawienie idealne. Nasz dom otacza ogród. Ten zaś ogrodzony jest płotem. Za płotem jest mała górka, a za nią dość ruchliwa szosa…
 
    Kiedy byłam ostatnio w domu, był środek zimy. Wszystko  białe – śniegu  po kolana. Pewnego, zwykłego roboczego dnia mój tata wracał z pracy. Jak zawsze od kilkunastu już lat, piętnaście po trzeciej i ani minuty dłużej, ani krócej. Można nastawiać zegarek. Tata otworzył bramę i już miał ruszać w stronę domu. Zawrócił jednak widząc, że ktoś majstruje coś przy płocie.
   -Hola! Hola! – krzyknął do postaci, która prostując się wstała. Jak się okazało był to znajomy we wsi dziadek.
   -Witam szefa!- przywitał się, zakrywając usta ręką.
   -Witam! – odpowiedział  mój tata. –Ale co pan tutaj robi sąsiedzie!?
   -Wiii pan… Jest jedna taka sprawa…
   -Słucham? – tata zapewne oczekiwał kontynuacji w typie „pożyczy  pan piątaka?”. Niestety, nie tym razem…
   -Taka krępacyjna  sprawa… Szukam mojej sztucznej szczęki…
   Po drugiej stronie odpowiedziała konsternacja i  cisza, co sprowokowało  rozwinięcie  opowieści przez osiemdziesięcioletniego dziadka.
   -Widzi pan… Wczoraj było tu takie zajście… W nocy wracałem rowerem tutaj, tą szosą i potrąciło mnie auto. Ktoś wezwał policję… Niech mi pan powie, że łone zawsze  jak są niepotrzebne, to przyjeżdżają szybko?! – tą dziwaczną zależność, zauważyć można również w Grecji… Skąd ja ją znam… :)))
   -A coś się panu stało?
   -Prawa kostka skręcona i biodro trochę potłuczone. A tak to wszystko gra! Wszystko byłoby pięknie, jakbym  nie musiał uciekać, przed tymi…
   -Ale przecież to pana potrącili… Więc nie rozumiem?
   -No tak… Ale widzi pan… Bo ja byłem trochę nie tego… Byłem w stanie… Z resztą do dziś jeszcze mi całkiem nie przeszło… hahaha!!! – od dziadka czuć było jeszcze wyraźnie dzień wczorajszy. A śmiejąc się na chwilę zapomniał zakryć usta i wtedy stało się już jasne – rzeczywiście szukał swojej sztucznej szczęki.
   -No więc przyjechała ta policja. Ten co mnie potrącił już dawno odjechał, więc chcieli dopaść mnie. Ale głupi to ja nie jestem! Panie! Jak tylko się podniosłem,  to zacząłem biec. A łone za mną! I biegłem tutaj, koło tego płota. Dobiegłem, hyc, przeskoczyłem! Skręciłem kostkę i zgubiłem szczękę. To jak szefie? Nie będzie chyba przeszkadzać, jak sobie jej poszukam?
   -Pewnie, niech pan szuka! Ale najważniejszej – czy pan uciekł tym policjantom?
   -Panie! Niech mnie pan nie obraża!!  Jasne jak słońce w południe! – powiedział dziadek z dumą, śmiejąc się od ucha do ucha i zapominając na chwilę czego w tej chwili szuka…
 
 
 
 
Przeczytaj więcej…
 
 
 
 
 
 

BIGOS PO POLSKU, wstęp… sobota, 16 lutego 2013

   
 
Widok polskiej flagi w Grecji, nie jest już  rzadkością.   

      Co prawda teraz jestem już w Grecji, a za moim oknem znów widać żółte jak słońce cytryny. Jednak ostatnią przeprawę z Polski pamiętać będę jeszcze długo… Z różnych, zależnych i niezależnych ode mnie przyczyn, w kraju zostałam trochę  dłużej. I pierwszy raz do Grecji jechałam autobusem. Podróżowałam sama. Choć nie tak do końca… Towarzyszyła mi bowiem moja własna Antena… Satelitarna!
 
     Antena  zrobiła furorę wśród wszystkich  pasażerów. Na jej widok kierowca nie mógł wyjść z konsternacji. Satelitarna  jechała jako pełnoprawny pasażer – przypisano jej nawet oddzielne miejsce.
     Ale do rzeczy… Trwającej dobę i pół podróży z Polski do Grecji (jak i odwrotnie) – autobusem,  raczej bym nikomu nie polecała. Jedynymi plusami takiej przeprawy jest to, że podczas jej trwania można obejrzeć wiele filmów, przeczytać wiele książek czy  gazet.
    Autobus był wypełniony prawie po same brzegi. A ponieważ był to okres, w którym z Polski do Grecji nie latał żaden samolot,  w naszym autobusie można było spotkać cały przekrój greckiej Polonii. Myślę, że od czasu kiedy kręcono film „Szczęśliwego Nowego Jorku”, naprawdę wiele się pozmieniało. Na całe szczęście!
  
     Ludzie jechali w każdym możliwym celu i z najróżniejszych powodów.  Ale jak myślicie – jakich „powodów” było najwięcej???…
    Rzecz jasna –   miłosnych! Historię podobną do mojej można było wysłuchać, na co czwartym siedzeniu. Dopiero jadąc tym autobusem, zdałam sobie sprawę, że para typu  Polka plus Grek, jest niesłychanie  popularna. I tu nasuwa się pytanie, które wciąż  za mną chodzi i na które nie znajduje odpowiedzi. Może Wy pomożecie?
 
                     Dlaczego pary typu Greczynka i Polak są zupełnie niespotykane???
   
      Ja, odkąd mieszkam w Grecji, nie spotkałam ani jednej!
 
   
      Po całej dobie i jednym dniu podróży, około jedenastej w nocy dotarliśmy  do Aten. Padał typowy dla greckiej zimy deszcz. Kiedy  wyszłyśmy z Satelitarną po nasze bagaże, zadzwonił Jani. Miał się spóźnić i to niestety – sporo. Przyczyny – niezależne. Instrukcja tego co mam robić wydawała się prosta. Złapać taksówkę, dojechać do oddalonej o jakieś dwa kilometry stacji kolejowej i tam poczekać. Z nikim nie rozmawiać, zaczepki ignorować, a w kawiarence  zamówić dobrą kawę.
 
     Pierwszy taksówkarz powiedział, że mnie nie zabierze. Dystans był tak krótki, że mu się nie opłacało. To samo powiedzieli trzej kolejni. Satelitarna, prócz bycia anteną, okazała się być więc  niezłym zadaszeniem.
    W połowie drogi, która trwała  wieki, urwała mi się rączka od torby…
    Z politowaniem zagadywał mnie co drugi przechodzień… Życiowe doświadczenie  nie pozwoliło mi jednak wierzyć  w dobre intencje…
    Po trzydziestu minutach drogi, okazało się że na stacji kolejowej jest strajk. Więc stacja jak i kawiarenka jest zamknięta. W okolicy nie było żywej duszy.
    Deszcz nie przestawał padać. Nieczynna   ateńska stacja, w okolicach północy nie wyglądała ani trochę przyjemnie.
    Usiadłam na zimnych, marmurowych schodach. Plecy oparłam o Atenę. Zaczęłam sobie rozmyślać, planować co zrobię, jak tylko dotrę do Cytrynowego Domu. Na pewno wezmę gorącą kąpiel. Zjem coś pysznego. Porządnie się wyśpię. Następnego dnia trzeba będzie zrobić wielkie pranie. A jak tylko się ogarnę – znów będę wysyłać CV i szukać pracy.
    Kiedy zaczęłam szperać w torbie w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia, jeszcze nie wiedziałam  o dwóch rzeczach. Po pierwsze, Jani będzie jeszcze trochę spóźniony. A po drugie, przez najbliższy okres, żadnych CV nie będę musiała już wysyłać…
      Otworzyłam moją torbę z przegródką, gdzie miało być jedzenie i  nie mogłam się nadziwić,  że zjadłam prawie wszystko. Zostało kilka kromek chleba i …
  
     Przypomniało mi się, że na dnie torby znajduje się przyrządzony przez mamę bigos –  w prezencie dla Janiego. Opatulony w zestaw kolorowych ściereczek, dojechał cały.
    Pyk! Uniosło  się wieczko. Gdzieś w  torbie, plątał się plastikowy widelec. Otworzyłam słoik  i powąchałam – zapachniało wspaniale! Grzyby jeszcze z okresu Świąt. Idealnie kiszona kapusta. Mieszanka przypraw i swojska  kiełbasa.
     Po pierwszym kęsie, zmęczenie jakby trochę minęło, a mi zrobiło się tak przyjemnie. Po głowie zaczęły mi krążyć  trzy słowa:
            

BIGOS PO POLSKU

            

Z początkiem marca – zapraszam na nową serię!
 
 
 
 
Przeczytaj więcej…