Polskie Szkoły Internetowe LIBRATUS. Darmowe lekcje polskiego, dla polskich dzieci za granicą… środa, 17 maja 2017

www.libratus.edu.pl

www.libratus.edu.pl

Wiele osób zadaje mi pytanie, w jakim języku rozmawiamy z Janim. Wiem, że może być to sporym zaskoczeniem. Po grecku mówie już dobrze i mimo że mieszkamy w Grecji,  z Janim rozmawiamy po angielsku. Poznaliśmy się, kiedy nie znałam jeszcze greckiego. I język angielski jest dla nas najbardziej naturalnym językiem.

I tu pojawia się problem… Za jakiś czas pewnie będziemy myśleć o dzieciach. Te będą wychowywać się w Grecji. Ja będę mówić do nich po polsku. Jani i wszyscy wokół  po grecku. A w domu będzie dominować angielski!  I to wcale nie będzie rzadki przypadek. Takich rodzin, gdzie dzieciaki wychowują się w wielojęzykowym środowisku, jest wiele. Mnie zależy bardzo, żeby nasze dzieci mówiły idealnie w języku polskim. I wiem, że nie będzie to proste zadanie. Być może Ty też zmagasz się z takim problemem?

 

Kilka dni temu do mojej skrzynki mailowej trafiła wiadomość od Polskich Szkół Internetowych Libratus. Kiedy przeczytałam to co jest na ich stronie – przetarłam oczy. Rewelacja!!! Idealne rozwiązanie! Jeśli jesteś Polakiem mieszkającym za granicą i masz dzieci  – koniecznie wejdź na tę stronę i zapisz swoje dziecko do tego projektu. Link umieszczam poniżej:

www.libratus.edu.pl

Polskie Szkoły Internetowe Libratus, to projekt edukacyjny dzięki któremu ZA DARMO, możesz podszkolić swoje dziecko w języku polskim. Wszysto dzięki Internetowej Platformie Edukacyjnej, na której nauczyciele umieszczają treści i scenariusze lekcji. Przydatne są również zajęcia online (webinaria) i pomoce naukowe, które powodują, że dzieci uczą się przez zabawę. Dzięki temu  Twoje dziecko może podszkolić się w poprawnej polszczyźnie i zdobyć polskie świadectwo.

Sprawdź tę stronę, by dowiedzieć się więcej! Zostały ostatnie wolne miejsca na zapis na kolejny rok szkolny 2017/2018.

 

 

Z CYKLU: zacznij lekko poniedziałek – Jak makijaż i kanał Bogusi uchroniły mnie przed emigracyjną depresją?… poniedziałek, 30 stycznia 2017

Bogusia i ja:D

Bogusia i ja:D

Z perspektywy czasu wiem, że był to najtrudniejszy okres w ciągu pięciu lat mieszkania w Grecji. Wyprowadziliśmy się właśnie z Sałatkowego domu. Błędnie założyliśmy, że teraz to już wszystko będzie iść nam świetnie. Najpierw wprowadzimy się do naszego domu. Później go umeblujemy. Ja znajdę dobrą pracę i wszystko będzie już z górki. O naiwności… Szybko okazało się, że nic nie chciało iść po naszej myśli, a życie szykowało dla nas spory sprawdzian z cierpliwości.

W rzeczywistości, wioska w której przyszło nam mieszkać, okazała się być szarą dziurą, w której diabeł dosłownie mówi dobranoc. Na klucze do mieszkania czekaliśmy trzy miesiące, a ja zamiast szukać pracy nawet nie miałam gdzie rozpakować swoich rzeczy. Kiedy po pierwszym miesiącu nadal na walizkach i kartonach  mieszkaliśmy w domu kuzyna Janiego – Czosnka, a  końca tego pomieszkiwania wciąż nie było widać,  byłam przekonana że jeszcze dzień, dwa a dostanę na głowę.  W międzyczasie już kupiliśmy sobie łóżko. Ponieważ musieliśmy je gdzieś zmieścić, nasz mały pokoik był w zasadzie jednym wielkim łóżkiem, bo prócz zastanego tam, musieliśmy zmieścić to nowe. Nie wiem nawet jaki kolor miała podłoga w tym pokoju. Na niewielkiej powierzchni,  której nie zajmowały te dwa łóżka,  były nasze walizki i kartony. Kiedy wstawałam rano i patrzyłam na ten bajzel, zbierało mi się na wymioty. W tym okresie napisałam post, który jest niżej. Tak często bywa, że najbardziej zabawne posty,  powstają kiedy w życiu jest najmniej zabawnie…

Mała zmiana planów

Jednego z tych najcięższych dla mnie dni, szperałam coś w internecie i tak zupełnym przypadkiem, trafiłam na kanał Bogusi (kliknij TU!). Zobaczyłam jeden filmik, później drugi. I słuchając jakiejś wypowiedzi Bogusi, w której odpowiadała  na jedną z prymitywnych zaczepek hejterów, Bogusia była tak zabawna, że zaczęłam się śmiać, aż do bólu brzucha. Śmiałam się tak na całego, po dość długiej przerwie. Choć w praktyce było to niemożliwe, miałam wrażenie, że spadnę z  łóżka, na którym siedzę.

Zobaczyłam kilka kolejnych filmików, a później wszystkie i wyczekiwałam na następne. Filmiki Bogusi są głównie o kosmetykach, ale dotyczą też najróżniejszych sfer życia. Jakby nasiąknęłam niezwykle pozytywną energią i niesłychanym apetytem na życie, jaki z nich płynął. Pewnego ranka, kiedy tylko się obudziłam, wpadłam na pomysł, że wypróbuje jeden z makijaży, które pokazywała Bogusia. Chwyciłam za lustro i zajrzałam do mojej kosmetyczki. Nowy make-up wyszedł świetnie! Pomyślałam, że skoro już tak ładnie wyglądam, to jakoś tak głupio  siedzieć w domu. Zabrałam więc komputer, żeby popracować w jednej z kawiarenek i poszłam na dłuższy spacer. Tak działo się każdego następnego dnia. Każdego ranka testowałam jakąś nową sztuczkę w makijażu i kiedy już wyglądałam super, myślałam sobie że szkoda siedzieć w domu – muszę gdzieś iść. Później, jakoś tak wychodziło samo. Kiedy Jani wracał z pracy, nalegałam by gdzieś razem wyjść. A kiedy miał trochę wolnego, wybieraliśmy się w choć małą podróż, albo umawialiśmy się z kimś na kawę. I wtedy zadziało się coś magicznego. W mojej głowie zaczęły rodzić  się nowe pomysły co mogę jeszcze. Zaczeliśmy poznawać coraz więcej osób. Odkrywać coraz to nowe miejsca. Ale najważniejsze. Zaczęło mi się zwyczajnie CHCIEĆ.

Przygoda z kanałem Bogusi miała swój ciąg dalszy. Oglądając jej filmiki uświadomiłam sobie, jak mało uwagi zwraca się na osoby niepełnosprawne. To właśnie dzięki jej filmikom, kiedy tworzyliśmy naszą firmę od zera, wiedziałam że ogromnie ważną  rzeczą, będzie dostosowanie wycieczek do osób na wózkach. Udało się to z naszą pierwszą wycieczką – MIJESCA KORFU, w której mogą uczestniczyć osoby na wózkach inwalidzkich. Jest to dla mnie niezwykle ważne osiągnięcie.  Osób z najróżniejszymi rodzajami niepełnosprawności jest na naszych trasach coraz więcej! I jest to dla nas wielki powód do dumy.

Te kilka lat temu, jakoś tak czułam, że nasze drogi kiedyś się skrzyżują i spotkam Bogusię osobiście.  Intuicję mam niezłą… Zobaczcie sami z kim piłam kawę tydzień temu, kiedy byłam w Warszawie;DD Bogusia jest niesamowita. Jest jedną z tych osób, które autentycznie zmieniają myślenie ludzi, jednocześnie zmieniając świat na lepsze. Dziś mogę śmiało stwierdzić, że jej kanał  uchronił mnie przed emigracyjną depresją. Uświadomiłam sobie również ile potrafi zmienić w środku człowieka, jego wygląd zewnętrzny.

Jeśli więc kiedykolwiek poczujecie, że zwyczajnie się Wam nie chce – wpadajcie na ten kanał! I dbajcie o swój wygląd… Bo to co na zewnątrz, czasem niezwykle potrafi zmienić to jak  czujemy się w środku…

Z CYKLU: zacznij lekko poniedziałek – 10 faktów o mnie… poniedziałek, 12 grudnia 2016

Co prawda Sałatka po grecku, jest blogiem o Grecji. Ale w pewnej części jest to również blog o  mnie. Kiedy czytam najróżniejsze blogi, uwielbiam właśnie taki typ posta, w którym autor opisuje siebie. Dzięki temu mogę bliżej poznać osobę, której teksty czytam. Wpadłam na pomysł, żeby również napisać taki właśnie post. Być może macie ochotę dowiedzieć się o mnie czegoś więcej. Śledząc bloga dłużej, o pewnych rzeczach wiecie. Kilka faktów z pewnością będzie dla Was  sporym zaskoczeniem. Tak jak na przykład to, że…

W LICEUM STWIERDZONO U MNIE DYSORTOGRAFIE…  Kwestia papierów „dys”często  jest dyskusyjna. Natomiast u mnie jest coś na rzeczy. Dużo czytam, naprawdę dużo piszę, a mimo tego, czasem czytając bloga mogliście natknąć się na bardzo dziwne i zupełnie elementarne błędy. Dawniej było z tym naprawdę źle. Wypracowanie takiego poziomu pisania, żeby nikt się nie kapnął, że coś w tym temacie może być nie halo, kosztowało mnie i często nadal  kosztuje wiele godzin ślęczenia nad tekstami. Jeszcze od czasu do czasu coś dziwacznego może czasami na bloga wpaść, natomiast więlkim sukcesem jest dla mnie to, że takich błędów jest naprawdę mało… Pomaga mi również mama:D Tak już trochę dmuchając na zimne, moja mama sprawdza każdy tekst na blogu i dzwoni natychmiast jeśli wyłapie najdrobniejszy nawet błąd!:D

DZIEŃ BEZ PODWÓJNEGO ESPRESSO JEST DLA MNIE DNIEM STRACONYM… Jestem absolutnym maniakiem kawy. Picie kawy celebruje. Piję zawsze jedną i tę samą, która jest moim ideałem – podwójne espresso macchiato. Uwielbiam smak kawy. Jej zapach, a nawet  widok. Dlatego naprawdę bardzo powstrzymuje się przed tym by na moim Instagramie kawy nie było zbyt dużo:D

W DZIECIŃSTWIE BYŁAM PRZYLEPĄ I NIGDY NIE LUBIŁAM JEŹDZIĆ NA KOLONIE… Kiedy byłam mała, moi rodzice kilka razy próbowali wysyłać mnie na kolonie. Zawsze kończyło się tak samo. Najpierw płacz, a później przyśpieszony powrót. Jako dziecko byłam niesłychaną przylepą. Gdyby jakiś czas temu, ktoś powiedział moim rodzicom, że będę mieszkać z dala od domu w innym kraju, to chyba umarli by ze śmiechu. No cóż. Jestem idealnym dowodem na to, że ludzie się jednak zmieniają.

MAM KOTA I NIE POTRAFIĘ ŻYĆ BEZ ZWIERZAKA U BOKU… Mam kotkę, która nazywa się Fivi i zawsze, od kiedy byłam małym dzieckiem, zawsze miałam jakiegoś zwierzaka. Moja kotka jest absolutnie moim oczkiem w głowie. Nie ma jej nigdy na blogu, bo w sumie… tak jakoś wyszło. Fivi z nami podróżuje. Zwiedziła już sporą część greckich wysp i była w dużej części Europy.

JESTEM PEDANTKĄ… Nie potrafię funkcjonować, kiedy obok mnie jest bałagan. Wszystko w moim otoczeniu ma swój porządek. Po prostu kocham i czerpię prawdziwą przyjemność, z faktu, kiedy obok mnie jest czysto. Na warunki greckie mój przypadek to raczej norma, natomiast moje pedantyczne zapędy zawsze były i są powodem do żartów, kiedy tylko jestem w Polsce:DD

UWIELBIAM ARTYKUŁY PAPIERNICZE… W sklepie papierniczym mogłabym spokojnie zamieszkać. Uwielbiam notesy, zeszyty, najróżniejsze długopisy i ołówki. Kalendarze wybieram z wypiekami na twarzy. Kiedyś myślałam, że pewnie z tego wyrosnę i mi przejdzie. Ale niezmiennie mam taką… papierniczą manię:D

JESTEM CIEKAWĄ MIESZANKĄ WRAŻLIWOŚCI I SIŁY… Płaczę nałogowo. Kto bliżej mnie zna, to już się przyzwyczaił. Jestem bardzo wrażliwa i wiele rzeczy bardzo mnie albo wzrusza, albo boli. Mam jednak silny charakter. W mojej głowie nie ma takiego czasownika jak „poddawać  się”. Wiele osób, która ze mną pracuje jest początkowo tym zdziwiona, bo czasami zdarza się, że rycząc walę z całej siły  w stół pięściami.

MOIM GURU W PISANIU JEST FREDERICK FORSYTH…   To trochę dziwne, bo polityką w ogóle się nie zajmuje. Natomiast moim guru jeśli chodzi o pisanie, jest Frederick Forsyth, którego powieści zawsze oparte są o wydarzenia polityczne. Jego styl pisania to dla mnie niedościgniony ideał. To co cenię u Forsytha najbardziej to maksimum wyrazu, przy minimalnej ilości słów. Jak garnitur gentelmena w latach sześciesiątych: elegancki i mistrzowsko skrojony.

RELAKSUJE MNIE OGLĄDANIE FILMÓW I CHODZENIE DO KINA…  Był czas, kiedy zastanawiałam się nad tym czy nie iść na  filmoznawstwo. Do teraz uwielbiam chodzić do kina. Wizyta  w kinie raz na dwa tygodnie jest mi potrzebna jak powietrze. Zawsze mam w planach obejrzenie jakiegoś filmu. Oglądam klasyki, na przemian z nowościami.  Ja po prostu… Kocham kino:D

JESTEM NIEPOPRAWNYM NOCNYM MARKIEM… Kiedyś próbowałam to zmienić, ale każda próba kończyła się porażką. W końcu zaakceptowałam fakt, że lepiej funkcjonuje mi się wieczorami i w nocy. W dzień załatwiam najróżniejsze sprawy, natomiast do biurka  zasiadam zawsze po godzinie 18.00. Właśnie po tej godzinie nabieram rozpędu i pracuje jak burza. Kiedy muszę rano wstać, to wstaję. Ale kiedy nie muszę, to z tego korzystam pracując właśnie wieczorami i w nocy. Rozkoszą jest dla mnie cisza i spokój, który panuje po zapadnięciu zmroku. Nie potrafię też zasnąć bez czytania w łóżku.

Jak zmieniło się moje nastawienie do mojej greckiej teściowej? Czyli… Feta i ja… czwartek, 10 listopada 2016

Nasza relacja już z samego założenia nie mogła być łatwa. Temat greckich matek /  teściowych, to temat rzeka. Choć w Grecji wiele się zmienia,  kwestię równouprawnienia można potraktować trochę z przymrużeniem oka. To często świadomy (i moim zdaniem wbrew pozorom całkiem mądry) wybór Greczynek, które w wielu przypadkach same chcą mieć mniej odpowiedzialną pracę, a częściej przebywać w domu. Mieć czas by dbać o męża, dzieci, dom. Dla typowej Greczynki to jest naprawdę ważne, by w domu pyszny posiłek był na czas, by pachniało w nim czystością, a koszula męża była idealnie wyprasowana. W takim świecie nie ma jednak miejsca na pogoń za karierą. Zarabianie pieniędzy i utrzymanie domu na właściwym poziomie – to już problem faceta.

Moja teściowa – Feta, jest idealnym przykładem takiego modelu. Dlatego dom,  rodzina i co za tym idzie – jej syn – to jej świat. Pępowina, najlepiej jeśli nigdy nie zostałaby odcięta. Feta i ja od samego początku bardzo się polubiłyśmy, mimo tego pojawienie się mnie, naturalną siłą rzeczy, musiało wywołać konflikt. Jeśli jesteście zainteresowani, co dokładnie się działo, tutaj znajdują się najważniejsze w tym temacie posty:

Konkurs na kurę domową

Na „leniwego kota”

Rozmowa

Mój patent na grecką teściową

[Wpisując w wyszukiwarkę bloga słowa „Feta” i „teściowa” znajdziecie wiele innych postów.]

Żeby było weselej, mój model  życia diametralnie różni się od modelu Fety. Choć nie do końca, bo dla mnie również ważny jest dom i atmosfera, jaka w nim panuje. Jednak na miejscu nr jeden, jest dla mnie pisanie i moja praca na Korfu (zawsze równorzędnie). Rozwijanie firmy i rozwijanie się w pisaniu. To czy koszulka Janiego jest wyprasowana, jest istotne (bo lubię jak jest wyprasowana), ale nie najważniejsze. Wiem, że gdzieś w tym momencie mój potencjalny Czytelnik zastanawia się właśnie jakie jest u mnie nastawienie w temacie dzieci. Znając moich Czytelników bardzo dobrze, wiem również że mają dużo wyczucia, by nie pytać o to w komentarzach. Nie jest to jednak dla mnie temat tabu, więc wyprzedzając domysły sama odpowiem. Posiadanie dziecka jest dla mnie ważne, ale nie najważniejsze. Wiem, że wszystko w życiu ma swój czas, a mój czas na chęć posiadania dziecka jeszcze po prostu nie nadszedł i tego na siłę nie da się przyśpieszyć. Posiadanie dziecka, zupełnie świadomie, z pewnością będę przeciągać możliwie długo.  Wracając jednak do tematu głównego…

Właściwie normą stało się, że w okresie, kiedy mnie nie ma, do naszego domu przybywała Feta. Robiła w naszym domu wielkie sprzątanie. Przestawiała wszystko w szafkach i szufladach w kuchni, tak by było „nam wygodniej” (ha! ha! każda kobieta wie, że to nic innego jak taka cicha walka o władzę…) . Prała i prasowała wszystkie ubrania Janiego. Gotowała co tylko się dało. Za każdym razem, kiedy wyjeżdżałam na Korfu, już nawet nie pytałam, bo doniesienia o tym co działo się w naszym domu działały na mnie jak płachta na byka.

Ubiegłej zimy byliśmy w Sałatkowym Domu u rodziców Janiego. Pewnego dnia wybrałyśmy się z Fetą na taki babski wypad. Najpierw fryzjer, później zakupy w mieście, a na koniec kawa…

*

-Wiesz… U nas właściwie nigdy nie było w rodzinie takiego modelu, w jakim wy funkcjonujecie. To tak naprawdę bardzo rzadko się w Grecji zdarza… Że pół roku jesteście razem, a pół na odległość…

-Wiem. – odpowiedziałam – Nawet w Polsce, w zasadzie wszędzie, to jest dość nietypowe. Ale tak naprawdę my do bycia na odległość jesteśmy przyzwyczajeni, wie mama…

-Wiem… Ostatnio była w domu dość burzliwa dyskusja…

Nadstawiłam uszy i z otwartą buzią słuchałam co takiego mówiła Feta. Kiedy trzy lata temu, chwilę po naszym ślubie wyjechałam na Korfu otwierać firmę, na wiadomość, co takiego robimy ojciec Fety – Oregano, prawie dostał zawału serca. Według greckiego modelu jak dwa plus dwa równa się cztery, oczywiste było, że będę „przy mężu” i jak najszybciej pocznę  pierwszego w sałatkowej rodzinie wnuka.

-Ale powiedziałam – kontynuowała Feta – że muszą cię zrozumieć. Że ty po prostu taka jesteś. Siedząc w  domu będziesz się dusić i nigdy nie będziesz szczęśliwa. Ty chcesz pracować i się rozwijać. Powiedziałam, że ma się nie wtrącać i dziadek chyba zrozumiał, że mamy już XXI wiek. Każdy musi żyć tak by być szczęśliwym… Po swojemu.

*

Są w życiu rzeczy ważne i ważniejsze. To że Feta zupełnie bez proszenia nadal czyści nam cały dom, w rezultacie jest fajne, bo dzięki temu dom jest czysty. Ale jest to oczywiste  wkraczanie na cudzy teren. Podobnie jak wszystkie towarzyszące temu czynności. Dla mnie obecnie najbardziej liczy się jednak fakt, że moja teściowa, ona naprawdę chce dla mnie dobrze, chce mojego szczęścia i mi sprzyja. Kiedy dochodzi do konfliktu – bierze moją stronę.

Po jakimś czasie tak samo wyszło, że wypracowałyśmy sobie swój nigdzie nie spisany kodeks. Feta może sprzątać sobie w naszym domu wszystko co jej się podoba. Gotuje Janiemu każdą potrawę. I jeśli ma ochotę to prasuje nawet i jego skarpetki (tak… prasuje…), ale nie przestawia żadnych rzeczy. Nie zmienia ich ułożenia.  Nie zmienia dekoracji. Nie dokupuje nowych bibelotów. Tym samym – osiąglęłyśmy porozumienie gdzieś tak w połowie drogi. Trwało to trochę…

Wiem, że temat teściowej jest gorący nie tylko w Grecji. Tu moja rada dla wszystkich dziewczyn, które mają podobny problem. Co należy zrobić…

a)      na początku jasno wyznaczyć swoje granice i prosto z mostu mówić co się nie podoba i czego się nie akceptuje

b)      ostateczne odcięcie pępowiny trzeba zostawić swojemu facetowi – bo to właśnie on powinien ją odciąć, jednocześnie wybierając, czy chce być po stronie matki, czy żony

c)      nie wdawać się w manipulacyjne gierki (typu: „że przecież chciałam dobrze”, „że tak wam będzie wygodniej / lepiej”) – wyznaczenie granicy i bycie w tym konsekwentnym jest kluczowe

d)     pójście na ustępstwa… najgorsze jest  zacietrzewiać się w sobie i  uparcie stawać przy swoim. czasem też trzeba sobie trochę odpuścić, akceptując to że nikt nie jest idealny i dzięki temu spotkać się gdzieś w środku…

  

W konsekwencji. Nasz dom jest idealnie posprzątany. Do teraz w zamrażarce, na wypadek gdyby nie chciało mi się jutro gotować, jest domowa mussaka [nasz przepis na domową  mussakę znajdziecie TUTAJ!]. A przy tym wszystko jest jednak dokładnie tak, jak zostawiłam przed moim wyjazdem. Moja teściowa mnie bardzo lubi i przede wszystkim szanuje moją pozycję w naszym domu.

Ale… Jak to w Sałatce po grecku… Żeby rozwiązać problem, trzeba wcześniej nieźle namieszać…

Najważniejsza jest droga… niedziela, 23 października 2016

Od dwóch dni jesteśmy już na lądzie. Walizki rozpakowane. Pralka załadowana. Za chwilę pójdę na krótki spacer, a na wieczór mam w planach upiec ciasto ze śliwkami. W tym roku jeszcze bardziej nie chciało mi się wyjeżdżać z wyspy. Całe dwa ostatnie dni objeżdżaliśmy z Janim Korfu, żeby ostatni raz przed zimą spotkać się z przyjaciółmi. A i tak na odwiedzenie wszystkich nie starczyło nam czasu. Finanse, finansami. Statystyki. Przychody i wydatki. Ale to ostatnie, czyli przyjaźnie, jest dla mnie w tym momencie najcenniejsze.

Co chwilę łapię się na myśleniu, jakby to było wspaniale, gdybyśmy mogli być już z Janim na Korfu, przez cały czas razem. Gdybyśmy już mieli tam nasz dom. Gdybyśmy nie musieli wyjeżdżać na zimę. Że wtedy, to  byłoby już naprawdę wszystko super. Taka natura człowieka. Jeśli jeszcze tylko to… Jeśli tamto… To wtedy już tak na sto procent będę szczęśliwa. Błąd w myśleniu, który ja też często popełniam.  Przecież tak naprawdę liczy się nic innego jak tylko „teraz”. I droga, którą TERAZ idziemy. A sam cel jest na którymś tam miejscu. A kto wie, czy on aż tak bardzo liczy się naprawdę…

Kiedy  pruliśmy przed siebie jadąc do domu, zupełnie bez większej przyczyny zrobiło mi się prozaicznie przyjemnie. Prosta, szeroka droga. Po jednej stronie morze, po drugiej góry. Białe obłoki, sennie tańczące po niebie. Jazda samochodem, to dla mnie jedna z większych życiowych przyjemności. Uwielbiam się poruszać. Nieustannie się gdzieś przemieszczać. I tak jadąc prosto przed siebie, po raz kolejny doświadczałam tego, jak przyjemna jest sama droga.

W tym roku jestem już okrągłe pięć lat w Grecji. Kto czyta bloga od początku – wie, że nie było łatwo. Czasem nie chce mi się nawet przypominać, wolę już zapomnieć to co było dla mnie najtrudniejsze. Ale to właśnie te wszystkie najtrudniejsze doświadczenia sprawiają, że teraz jestem tym kim jestem. Jeśli wszystko co teraz mam, dostałabym od kogoś jak ładnie opakowany prezent, nigdy nie umiałabym docenić jego zawartości. Piękne, wymarzone życie, takie na 100%, w wielu jego momentach nie jest ani łatwe, ani proste czy też przyjemne. Jednak to, o co się zawalczy – jest bezcenne.

Wróciliśmy do naszego domu. Największe drzewo cytrynowe, stało przy wejściu, jakby chciało nas przywitać. Zazwyczaj, kiedy pojawiam się po kilku miesiącach nieobecności, Cytrynowy Dom potrzebuje jakiś pięciu dni solidnego sprzątania. W temacie porządków domowych, Jani jest niestety niereformowalny.

Otworzyłam drzwi. Już od wejścia poczułam delikatny zapach proszku do prania, płynu do płukania, oliwkowego mydła do mycia dywanów. Gdzieś w kompozycji tej mieszanki, pojawiła się również nuta  chloru. Mieszkanie wysprzątane było na błysk. Panował w nim niemożliwy do osiągnięcia dla mnie,  grecki nad-porządek.

Otworzyłam lodówkę. Zazwyczaj po przyjeździe były w nim trzy kromki chleba tostowego plus musztarda. Co prawda sama lodówka była pusta, ale w zamrażarce były trzy  pojemniki z napisem: „Smacznego! Mussaka;)”.

Fakt, że wyjechaliśmy z Korfu wcale jednak nie znaczy, że mam teraz wakacje. Następnego dnia czekał mnie stos maili do odpisania. Decyzje o aktualizacjach na stronie. Wycieczki, które mam teraz organizować zdalnie. I przede wszystkim redagowanie książki, by wyrobić się jeszcze przed Nowym Rokiem. Typowa sytuacja, kiedy  nie wiadomo w co właściwie włożyć  ręce.

-Jani!… W domu była twoja mama…  – spytałam retorycznie.

-No przecież ci mówiłem! Nie pamiętasz, nawet rozmawiałyście razem…

-Ach… Tak… No wiesz,  w sezonie jestem jednak trochę zakręcona. Zupełnie o tym zapomniałam…

Właśnie w tym momencie, usłyszałam  takie „klik!” w mojej głowie. Zamiast chcieć udusić Fetę, miałam ochotę ją przytulić. W mieszkaniu było domowo, czysto i tak przyjemnie. Następnego dnia mogłam odpocząć i spokojnie zabrać się do pracy.

Jak teraz wygląda moja relacja z teściową? Co zmieniło się we mnie? Jaką drogę przeszłam, że zmieniłam swoje nastawienie? Co obecnie słychać w sałatkowym domu…???  Wszystko w swoim czasie… Na szczęście teraz mam dużo czasu na pisanie…

Jak przygotować sałatkę po grecku? Czyli o Grecji i o mnie na portalu eSky… piątek, 14 października 2016

Widok z najwyższego szczytu Korfu – Pantokrator. Lato 2016

Czasami, kiedy czytam takie teksty w internecie, to trochę nie chce mi wierzyć, że to jest o mnie. Dziś tekst, który znalazł się na portalu eSky: „Jak przygotować sałatkę po grecku?”. Trochę o Grecji, trochę o mnie. Tak sobie teraz myślę, że prawdziwa frajda z życiem, zaczyna się dokładnie wtedy, kiedy weźmiemy za nie odpowiedzialność  100% w swoje ręce. Miłego czytania… Klikając w link niżej, przeczytasz tekst…


http://blog.esky.pl/2016/10/jak-przygotowac-salatke-po-grecku/?Label=tvn&utm_source=plan&utm_medium=banner&utm_campaign=blog

 

Moja historia na blogu „Ania Maluje”… środa, 27 lipca 2016

Sezon turystyczny w pełni. Właśnie następuje przełom lipca i sierpnia, oznacza to że  na Korfu przeżywamy apogeum. Ostatnio jestem non stop w trasie, ale to rzecz jasna bardzo dobrze. I właściwie za każdym razem, kiedy wracam z wycieczki już nie mogę się doczekać następnej:D  Myślałam, że po czasie trochę  mi to przejdzie, ale czuje jak z sezonu na sezon, miesiąca na miesiąc uwielbiam Kerkirę jeszcze bardziej. Dla mnie to absolutnie najpiękniejsze miejsce na ziemi. A pokazywanie tej wyspy – sama przyjemność.

Tymczasem, kilka dni temu spotkała mnie niezwykle miła rzecz. Moja grecka historia znalazła się na blogu aniamaluje.com . Jest to dla mnie nieopisane wyróżnienie, bo blog Ani należy do grona moich ukochanych blogów. Od momentu kiedy weszłam na niego po raz pierwszy,  motywuje mnie do pozytywnych zmian i działania. I aż nie chce mi się wierzyć, że tym razem to właśnie ja mogę motywować tam innych.

Kochani, zapraszam Was bardzo serdecznie do przeczytania tekstu, który znajduje się na blogu Ani. Tym razem moją historię opisałam od bardzo prywantej strony. Sałatka po Grecku zawsze była dla mnie miejscem jak najbardziej pozytywnym, dlatego tu,  na moim blogu raczej  unikam opowiadania o trudnościach i problemach. Na blogu Ani pozwoliłam sobie na sporą dawkę prywaty. Dążenie do celów i spełnianie marzeń, jest piękne, ale często niesamowicie trudne.  I podczas tych kilku lat mieszkania w Grecji, ja też nie jeden raz dostałam od życia po tyłku… Miłego czytania!


http://www.aniamaluje.com/2016/07/a-moze-by-tak-rzucic-wszystko-i-zaczac.html

 

Poradnik emigrantki cz. 7: Prędzej, czy później dopada każdą z nas. Jak sobie poradzić z emigracyjną depresją? (część 2/2)… poniedziałek, 14 marca 2016

Pierwszą część tego postu, znajdziesz klikając TUTAJ!

*

4. CODZIENNIE WYCHODŹ Z DOMU…  Wszystko jest tu ze sobą powiązane. Najpewniej będzie tak, że kiedy ładnie wyglądasz i dobrze się ze sobą czujesz, a Twoja rzeczywistość ma już pierwsze ramy, to nawet nie będziesz musiała się zbytnio motywować. Po prostu nie będzie Ci się chciało siedzieć w domu. Siedzenie w domu za-bi-ja! Czy Ci się chce, czy też nie – wychodź z domu codziennie. Spotykaj się z ludźmi, przebywaj w różnych miejscach, spaceruj, zmieniaj otoczenie. Codziennie dostarczaj tym samym swojemu mózgowi najróżniejszych bodźców.  To niby takie banalne, ale jednocześnie szalenie ważne.

5. TECHNOLOGIA TO NAPRAWDĘ SUPER RZECZ! UŻYWAJ JEJ NA CO DZIEŃ… Stwierdzenie, że emigrując człowiek rozstaje się z przyjaciółmi i rodziną, w XXI wieku właściwie jest już mitem. Na początku mieszkając w innym kraju jest trudno, bo albo nie ma się w ogóle, albo ma się mało, nie tyle nawet przyjaciół, co zwykłych znajomych. Ale nie wolno zapominać o tych starych, którzy zostali w kraju. Fakt, że nie można ot tak po prostu wyskoczyć z nimi na kawę. Ale ot tak po prostu można włączyć Skype i również przy kawie przegadać nawet kilka godzin. Dbaj o te kontakty, one naprawdę dają ogromną siłę. Z większością moich przyjaciół z Polski mam nadal wspaniały kontakt. Emigracja nie zmieniła w tym temacie niczego. Jedyne co uległo zmianie, to forma w jakiej się teraz komunikujemy.

6. WCHODŹ W NOWE ŚRODOWISKO, W KTÓRYM TERAZ ŻYJESZ… Znajdowanie nowych znajomych mieszkając w innym kraju, to nie jest prosta rzecz. W głowie ma się często barierę językową, to że dzieli nas kultura, mentalność, postrzeganie świata…  I wszystkie te inne bzdety!;P W prawdziwej przyjaźni, nasze obywatelstwo nie ma tak naprawdę najmniejszego znaczenia! Idąc po linii najmniejszego oporu, wystarczy znaleźć przez internet innych rodaków, którzy mieszkają blisko i trzymać się ich, urozmaicając ewentualnie kontakty pogadankami z innymi emigrantami przez internet. Łatwe rozwiązania nie są jednak najlepsze. A tworzenie sobie mini Polski w innym kraju  powoduje, że nigdy tak prawdziwie się nie zaaklimatyzujemy. Mam w Grecji kilka super polskich koleżanek (pozdrawiam;D!!!) i to są  bardzo wartościowe przyjaźnie, ale bardzo ważne jest dla mnie, żeby aktywnie żyć przede wszystkim w greckim środowisku.

7. OTACZAJ SIĘ POZYTYWNYMI OSOBAMI… No właśnie! Uważnie wybieraj osoby, którymi się otaczasz. Ludzie w towarzystwie których przebywamy, bardzo wpływają na nasz nastrój. Przebywaj więc w otoczeniu ludzi pozytywnych, takich którzy dają Ci dobrą energię. Wystrzegaj się osób, które marudzą, krytykują, szerzą czarnowidztwo, źle mówią o innych, wiecznie coś doradzają, wiedzą wszystko najlepiej – czyli klasycznych wampirów Twojej cennej energii.  Podobno najlepszym testem na to czy dana osoba jest pozytywna czy nie, jest to jak czujemy się po spotkaniu z nią. Jeśli po takim spotkaniu mam dużo dobrej energii, to z taką osobą chcę spotkać się  jeszcze jeden, a po tym kolejny i następny raz.

8. JAK O SADZONKI NA GRZĄDCE, DBAJ O SWOJE ZAINTERESOWANIA… Szczególnie ten pierwszy etap emigracji, w którym ma  się więcej czasu, sprzyja dbaniu lub odkopaniu swoich zainteresowań. Cokolwiek Cię interesuje, szczególnie w tym właśnie okresie, rozwijaj to jak możesz i czerp z tego radość. Być może już nigdy więcej w życiu nie będziesz mieć na to tyle czasu!

9. ZAMIAST SŁUCHAĆ WIADOMOŚCI… ZADBAJ O SIEBIE!  Wiadomości nie słucham mniej więcej od okresu, kiedy przeprowadziliśmy się do Grecji. Pozytywny tego wpływ na moją codzienność jest niesłychany. Mam nawet dużo przyjemniejsze sny! Ostatnio, nie mam pojęcia właściwie po co, sprawdziłam jeden z portali informacyjnych. Pewnie myślałam, że dowiem się czegoś ciekawego. W szczegółach dowiedziałam się  o głośnej podobno ostatnio sprawie polskiego kanibala. Nie mogłam usnąć pół nocy! Na Miłość Boską… Po co mi to?! Nie słuchaj tych wszystkich okropnych niby – newsów, które niczego nie wnoszą do Twojej rzeczywistości, a wywołują jedynie stres! Będziesz zaskoczona jak diametralnie poprawi się jakość Twojego życia, jeśli przestaniesz ich słuchać. Zamiast tego, zainteresuj się tematami, które poprawią jakość Twojej codzienności. Jak możesz poprawić, czy urozmaicić Twoją dietę? Jak lepiej organizować swój czas? Czy też jak sprzątać mieszkanie, by zajmowało to jak najmniej czasu? Każda z takich informacji da Ci znacznie więcej, niż typowy radiowy news informujący, kto jak i gdzie umarł w ostatnim wypadku drogowym…

10. OBEJRZYJ KILKA FILMIKÓW Z KANAŁU BOGUSI…  Bogusia już od kilku lat prowadzi kanał urodowy na YouTube. Wszystko o makijażu, dbaniu o siebie i codziennych przyjemnościach. Link do kanału Bogusi, czyli Anioła na Resorach jest TU! Jest to osoba absolutnie niesamowita. A ja i rzesze jej widzów, zawdzięczamy jej naprawdę wiele. Bogusia ma chorobę, która powoduje łamliwość kości, dlatego porusza się na wózku. Jest to dla mnie jedna z najbardziej pozytywnych i aktywizujących osób, działających w polskim internecie. Na przekór ogromnej ilości hejtu, z którą (zupełnie nie potrafię zrozumieć – dlaczego?) spotyka się jej YouTube’owa działalność i jakby zupełnie nie myśląc o swojej niepełnosprawności, żyje pełnią życia. A przy tym jest zawsze świetnie umalowana, ubrana i uczesana:D

I właśnie tego dnia, kiedy leżałam w łóżku i pogrążając się w sobie zupełnie nie miałam pojęcia, co zrobić… Chwilę przed tym jak zaczęłam robić wszystko to, o czym napisałam wyżej, pierwszą rzeczą, która spowodowała że jednak wstałam, że poczułam w sobie tę iskierkę chęci – był jeden z filmików Bogusi. Nie pamiętam już który to był filmik. Ale dziś w mojej głowie zostało już tylko wspomnienie, tego jak ta krucha Istota mówi, że dzień jest piękny, że świeci słońce, że ten odcień różu jest taki ładny, a ta sukienka ma takie fajne groszki. Gdzieś w środku zrobiło mi się po prostu przyjemnie. Znów miałam w sobie ten zapalnik energii, która  spowodowała że wstałam i zostawiłam zwodniczo przyjemne ciepło pod kołdrą. Znów weszłam w realność, która była prawdziwa i do bólu trudna. I poczułam w sobie siłę, która pozwoliła mi ją zmieniać…

11. NIGDY!!! NIE PRZESTAWAJ WALCZYĆ O SIEBIE… Po prostu wykasuj ze swojej głowy słowa „poddaje się”. Wlacz o siebie. Szukaj rozwiązań. Nieustannie działaj… Przeklinaj. Rycz w poduszkę. Wal pięściami w ścianę. Ale nigdy się nie poddawaj. Jesteś wyjątkowym Człowiekiem, a świat jest pełen możliwości. Czasami w życiu jest ciężko, a emigracja początkowo potrafi nieźle kopnąć człowieka w dupę.  Ale los, on odmieni się dopiero wtedy, kiedy Ty(!)  mocno mu w tym pomożesz…

-

Co stało się później? Początek nie był łatwym okresem, ale nigdy bym go nie zmieniała. Odkryłam między innymi sporą pułapkę w wygodnym życiu i co być może zaskakujące – pozytywnym myśleniu. Brzmi trochę zagadkowo…? O co w tym chodzi – o tym będzie w kolejnym poście z tej serii…

 

Poradnik emigrantki cz. 6: Prędzej, czy później dopada każdą z nas. Jak sobie poradzić z emigracyjną depresją? (część 1/2)… sobota, 12 marca 2016

Miałam przewagę, bo dobrze o tym wiedziałam. Co za tym szło, mogłam się solidnie przygotować. Przed moim wyjazdem do Grecji, do innych krajów wyemigrowało wiele moich znajomych. Scenariusz początków u każdej z nas był mniej więcej taki sam. Na początku euforia związana z przeprowadzką i widzenie wszystkiego w różowych barwach. Następnie trzy pierwsze miesiące stawiania pierwszych kroków i uczenia się  wszystkich elementarnych rzeczy. Powolna aklimatyzacja, a w międzyczasie przychodzi jeden taki dzień, kiedy…

Pamiętam to bardzo dokładnie. To było jakieś pół roku po wylądowaniu w Grecji. Zdążyliśmy wyprowadzić się z Sałatkowego Domu. Jani dostał pracę i wiedzieliśmy już, że trochę dłużej osiądziemy w jednym miejscu. Przeprowadziliśmy się do niewielkiej wioski, nad Zatoką Koryncką, w której mieszkamy do teraz, a ja tkwiłam w jednym, wielkim szoku. Wyidealizowałam sobie w głowie, że kiedy się wyprowadzimy i będziemy „na swoim”, to wszystko jak za dotknięciem magicznej różdżki  będzie idealnie. Nagle zacznę płynnie mówić po grecku, a tak przy okazji podszkolę się z niemieckiego. Nasz nowy dom będzie świątynią czystości. Będę częściej uprawiać sport, biegać i pływać, zapiszę się też na jogę. Nauczę się obsługiwać szybkowar. Będę codziennie wstawać wcześnie rano i niczym bohaterka reklamy płatków śniadaniowych, z uśmiechem na ustach, o szóstej rano  będę robić Janiemu pożywne śniadanie. No i rzecz jasna w przeciągu jakiś dwóch, trzech miesięcy na pewno znajdę nową, super pracę. Znacie to??? W tym momencie właśnie usłyszałam jedno, głośne: „taaak!!!”. Tylko, że…

Wioska, w której zamieszkaliśmy okazała się głęboką, czarną dziurą (więcej przeczytasz TU!), w której diabeł mówi dobranoc.  Poziom mojego greckiego pod wpływem czasu, wcale wtedy nie uległ zmianie. Najbliższe zajęcia jogi organizowane były godzinę stąd. A szanse na znalezienie pracy w okolicy były zerowe, o ile nie ujemne. Przy tym wszystkim utknęliśmy w domu Czosnka, u którego mieszkaliśmy kątem w jednym pokoju. Choć fizycznie wydawało się to niemożliwe, w tym jednym pokoju zmieściliśmy wszystkie nasze rzeczy i część mebli, które kupiliśmy już po drodze, bo lada chwila mieliśmy dostać mieszkanie z pracy Janiego. „Lada chwila” w pojęciu greckim zamieniła się w tydzień, dwa, a później w  grubo ponad miesiąc. W tym niewielkim pokoiku prócz mebli, które już tam były, wszędzie piętrzyły się ubrania w walizkach, rzeczy w kartonach, właśnie kupione łóżko, które  stało  pionowo opierając się o ścianę. Wszystkie nasze rzeczy, upychane gdzieś po kątach.

Pewnego dnia obudziłam się rano i myślałam, że dosłownie zwariuje. Jeszcze leżąc w łóżku patrzyłam na te wszystkie piętrzące się rzeczy,  których mimo sił i szczerych chęci nie dało się w żaden sposób uporządkować. Na samą myśl, że muszę się odnaleźć w tym wielkim bałaganie, robiło mi się słabo. Jani był wtedy w pracy, a ja chciałam schować się pod kołdrą, usnąć i obudzić w innej rzeczywistości. Tylko, że to było niemożliwe. W łóżko wgniatało mnie uczucie pustki, że przede mną nie ma już niczego. W głowie wierciło mi się pytanie: a co jeśli tak będzie zawsze, jeśli nic się nie zmieni? To wszystko co działo się wokół  mnie, zaczęło mnie po prostu przerastać.

Dryyyn!!! Usłyszałam w głowie w odpowiedzi. To jest właśnie TEN moment. Jakiś głos we mnie podpowiedział, że to już zbliża się jeszcze nie  depresja, ale już typowa emigracyjna chandra. I jeśli coś z tym natychmiast nie zrobię, to będzie tylko gorzej i gorzej. „Witam cię kochana! Wiedziałam, że wpadniesz… Jestem na twoją wizytę przygotowana!”– powiedziałam sobie w środku i aż sama do siebie się uśmiechnęłam.

Jakiś czas wcześniej dokładnie przegadałam ten temat z moimi znajomymi, które już to przeszły. Przeczytałam kilka książek. Wysłuchałam kilku tematycznie powiązanych audycji. Mało tego… Zainteresowałam się nawet biografią kobiet, które przeszły nieporównywalnie gorsze warunki życiowe – przetrwały obozy koncentracyjne. Pomyślałam, że idąc za przykładem osób, które przeżyły wojnę, ja na bank jestem w stanie wyjść cało z tego kryzysu.

Kochane, tu super dobra wiadomość! Jeśli coś takiego przechodzicie, albo będziecie przechodzić, sprawa nr jeden… Jest nas zapewne więcej niż tysiące. Po drugie, taki stan gdzieś w okolicach początku emigracji jest zupełnie typowy, normalny. Po trzecie i najważniejsze – na wszystko, tak więc i na to jest sposób!

Nie będę już przedłużać, więc do dzieła! Tych punktów nazbierało mi się trochę. Tak więc dziś trzy moim zdaniem najważniejsze. A już w najbliższy poniedziałek wieczorem – wszystkie pozostałe.  Oto i one… Co trzeba  zrobić, by ze stanu emigracyjnej chandry lub depresji jak najszybciej wyjść?

  1. UŁÓŻ PLAN DNIA I RESTRYKCYJNIE GO PRZESTRZEGAJ… Początkowy okres emigracji, jest bardzo specyficzny. Człowiek jest wyjęty ze swojego naturalnego rytmu życia, którym rządziła szkoła, studia, szef, praca. W systemie, w którym żyje przeciętny człowiek, przeważnie  jest ktoś lub coś, kto nam taki plan odgórnie  narzuca (plan zajęć, rozkład godzin pracy i tym podobne) i tym samym organizuje nam czas. W pierwszym etapie emigracji, czasu najczęściej jest bardzo dużo. Nie ma też nikogo, kto odgórnie nam taki plan ułoży. Jednak emigracja, to skok na głęboką wodę, a my musimy nauczyć się funkcjonować w zupełnie nowym systemie. Pierwsze co trzeba zrobić, to stworzyć sobie taki plan samodzielnie.  Na początku wyglądać może on dość głupio, bo przecież „niby” nie ma nic do roboty. Ale chodzi również o to, by samodzielnie wykreować nowe cele i zadania. Wyznaczyć stałe punkty każdego dnia, które są pierwszą kotwicą poczucia stabilności i odnalezienia się w chaosie. To również pozwala wyregulować rytm. Ja do dzisiaj zawsze  robię  plan każdego zbliżającego się miesiąca (wyjazdy, odwiedziny, ważne wydarzenia), każdego tygodnia (podział na etapy tego co chcę zrobić, osiągnąć) i dokładny plan każdego dnia (jest tam zapisana każda ważna czynność, sprawa). Co jest szalenie ważne, to wpisywanie prócz obowiązków – przyjemności, które traktuje się na równi z codziennymi obowiązkami. Plan działania – to absolutna podstawa.
  1. NO WŁAŚNIE… TY SAMA WYZNACZ SWOJE CELE  I ZADANIA… Na początku, to takie drobne rzeczy, których spełnienie wywołuje w nas bardzo przyjemne, pozytywne uczucia i poprawia naszą samoocenę, która w pierwszym etapie emigracji może być obniżona (często nie mówimy w obcym języku, mamy mało znajomych, nie znamy nawet otoczenia). Jeśli już masz swój cel główny, to ważne żeby codziennie robić coś, co cię do niego przybliży. Jeśli jeszcze tego celu nie masz, codziennie szukaj, grzeb i główkuj. Chodzi również o to, by zamiast rozwlekać czarne myśli, skupić się na konkretnym działaniu. Ja prócz codziennego prowadzenia bloga (nie ma i nie było przeproś), naprawdę solidnie zaczęłam uczyć się greckiego, systematycznie pisałam teksty o Grecji do najróżniejszych portali i gazet, pisałam różne opowiadania, które wysyłałam na konkursy, wtedy też zaczęłam  szukać pracy. Pomimo tego, że przecież nikt mi za nic początkowo nie płacił, wszystkie te zadania traktowałam jak  pracę, która z pewnością kiedyś zaprocentuje.
  1. KOBIETY, KTÓRE PRZETRWAŁY II WOJNĘ ŚWIATOWĄ… dbały o swój wygląd! To być może dla niektórych zaskakujące, ale wiele kobiet, które przetrwały obozy koncentracyjne stwierdza, że jedną z rzeczy, która pozwoliła im przetrwać,  była dbałość o siebie. Natrafiłam na  wywiad, w którym jedna z kobiet, która przeżyła wojnę opowiadała, jak pewnego dnia zobaczyła sukienkę, która bardzo jej się podobała. Żeby ją zdobyć, przekupiła jej właścicielkę tym co było wtedy najcenniejsze – jedzeniem.  Tak, ta kobieta chodziła głodna, po to by mieć tę właśnie sukienkę w kwiaty. Podobne relacje powtarzają się u wielu kobiet. My tak jesteśmy skonstruowane, że żeby dobrze funkcjonować, musimy dobrze czuć się w swoim ciele. Nawet jeśli nigdzie nie wychodzisz, zrób to dla siebie: umaluj się, ułóż włosy, ubierz się tak byś sama ze sobą wspaniale się czuła. Bez żadnej okazji i powodu. Tak z szacunku i dbałości o samą siebie. Dobry wygląd od razu diametralnie poprawia samopoczucie.

Ciąg dalszy – w poniedziałkowy wieczór! :D

Poradnik emigrantki cz. 5: Czym jest magiczna granica trzech miesięcy? I co powinno się przed jej przekroczeniem robić?… piątek, 13 listopada 2015

To zdjęcie zostało zrobione gdzieś w okresie pierwszych trzech miesięcy po przylocie do Grecji. Dokładnie pamiętam, że byłam lekko przerażona, ale jednocześnie myślałam sobie wtedy, że tu jest tak pięknie...

To zdjęcie zostało zrobione gdzieś w okresie pierwszych trzech miesięcy po przylocie do Grecji. Dokładnie pamiętam, że byłam lekko przerażona, ale jednocześnie myślałam sobie wtedy, że tu jest tak nieziemsko pięknie…

 

Wszystkie wcześniejsze  posty z tego cyklu znajdziesz klikając TUTAJ!

Na studiach miałam koleżankę, która bardzo często podróżowała. Magda żyła na walizkach, przeprowadzając się z miejsca na miejsce. To właśnie ona powiedziała mi o „magicznej granicy trzech miesięcy”, czyli takim pierwszym okresie, kiedy zamieszkuje się w zupełnie nowym mieście, kraju, kontynencie. W moim życiu miałam cztery ważne zmiany miejsca zamieszkania. Kiedy przeprowadziłam się na studia do Poznania. Kiedy wyjechałam na stypendium Sokratesa na Lesbos. Później na praktyki do Finlandii. I w końcu już na stałe do Grecji. Za każdym razem zasada Magdy się sprawdzała. I za każdym razem moim największym problemem było to, że albo o niej jeszcze nie wiedziałam, albo o niej zapominałam, albo ją bagatelizowałam. Ale o co dokładnie w tej zasadzie chodzi?

*

Sporo moim bliższych / dalszych koleżanek wyjechało z kraju. Najciekawsze jest to, że mniej więcej u każdej  z nas cały proces emigracji wyglądał bardzo podobnie. Na początku jest strach przed podjęciem decyzji. Później sama decyzja. Następnie jeszcze większy strach! W końcu przeprowadzka,   pierwszy dzień. I pierwsze trzy miesiące…

Na początku emigracji, właściwie po samym przyjeździe, większość osób ma taki okres idealizowania i ekscytacji. Chce się wtedy wszystkiego. Zacząć trenować bieganie. Schudnąć pięć kilo. Obciąć włosy i je przefarbować. Nauczyć się hiszpańskiego. Zapisać się na kurs rysunku. Wypróbować pięćdziesiąt  przepisów i przejść na wegetarianizm. Przeczytać dziesięć nowych książek. Zacząć prenumerować nową gazetę.  U mnie też trochę tak było. I w sumie jest to całkiem normalne.

Problem pojawił się jednak, kiedy…  pamiętam to jak dziś… wyszłam sama do sklepu kupić bochenek chleba.  Weszłam do piekarni i powiedziałam wyćwiczoną frazę. Tylko, że sprzedawczyni spytała się o coś jeszcze. Coś czego nie przewidziano w dialogach mojej książki do nauki greckiego. W całej piekarni zapadła krępująca cisza, kiedy inni klienci usłyszeli obcy akcent i to jak próbuje mówić w ich języku. Dla nich pewnie było to zabawne. Dla mnie jednak  straszne.

Ostatecznie się nie dogadałyśmy. Szybko wzięłam chleb. Zapłaciłam. Nawet nie biorąc reszty, wyszłam najszybciej jak mogłam.

Niby taka mała rzecz, ale właśnie wtedy uświadomiłam sobie, że łatwo to raczej nie będzie. I nie ma co się okłamywać. Trzeba zacząć od zupełnych podstaw, czyli od bardzo powolnego raczkowania. I tym są właśnie te pierwsze trzy miesiące. Jest to nauka raczkowania. Powolna i dość  mozolna. A kiedy się upada, potrafi zaboleć. Dopiero po tych trzech miesiącach, człowiek zaczyna mniej więcej normalnie funkcjonować. Największy problem jest w tym, że dorosły człowiek jest przyzwyczajony do tego, że wcześniej chodził, biegał i skakał. I sam nie może się nadziwić, że teraz trudność sprawia mu każdy jeden, najmniejszy krok. Trudno jest się z tym pogodzić, ale ten początkowy okres emigracji, to lekcja ogromnej cierpliwości i wyrozumiałości – dla siebie.

W  pierwszym etapie trzech miesięcy, najważniejsze są dwie rzeczy. Po pierwsze: nie podejmować żadnych ważnych, życiowych decyzji, zaliczając do tego również decyzję, czy zostaje się, czy też nie.  A po drugie: być dla siebie niezwykle wyrozumiałym, traktować siebie dokładnie jak małe dziecko, które uczy się chodzić.  

 

Przez te pierwsze trzy miesiące, trzeba zacząć od zupełnych podstaw. Poznać dobrze miejsce, gdzie się mieszka. Uczyć się języka, albo przełamywać barierę językową. Poznać kilka pozytywnych osób i umówić się z nimi na kawę.

Największym błędem, który można w tym okresie zrobić, to od razu rzucać się na głęboką wodę i szukać pracy. Szukanie pracy na samym początku emigracji, przynosi zazwyczaj rozczarowanie i frustracje. To najzwyklejsze marnowanie swojej energii.

Zazwyczaj podejmując decyzję o wyjeździe do innego kraju, ma się / lub przynajmniej powinno się mieć oszczędności które pozwolą na życie przez najbliższe 6 miesięcy. Żeby nie popełnić żadnego bezsensownego kroku i niczego nie żałować,  trzeba dać sobie te pierwsze trzy miesiące na rozeznanie, czas w którym nic jeszcze nie wiadomo, takie przyzwolenie na to, by mówić: „jeszcze nie wiem”.

Mimo tego, że mojej w głowie jak chińska tortura pojawiała się mantra, że „powinnam już pracować”, wiedziałam  że muszę z tym zaczekać. Był to też pierwszy okres w moim dorosłym życiu, kiedy nie miałam żadnych planów, ani zobowiązań. Zamiast rzucać się na cokolwiek, postanowiłam zaczekać i zadać sobie pytanie, na które nigdy tak naprawdę nie odpowiedziałam sobie stuprocentowo szczerze. Pomiędzy zajęciami na studiach, pierwszą pracą, zaliczeniami i spotkaniami ze znajomymi, w mojej głowie po prostu nie było na to przestrzeni, a w wiecznie zapchanym kalendarzu, nie było na to miejsca.

I tak właśnie, pierwszy raz po przylocie, gapiąc się w morze o pijąc spokojnie zimną kawę… Zasypiając bez zobowiązań i wstając  bez nastawiania zegarka. Pierwszy raz w dorosłym życiu czułam się jak niezapisana niczym kartka. Fantastyczne, ale jednocześnie przerażające. I właśnie wtedy, zrobiłam najlepszą rzecz, jaką mogłam.  Miałam dwadzieścia sześć lat. Trochę już za sobą. I jeszcze więcej przed. Idealny moment, by szczerze odpowiedzieć sobie na pytanie:

Co ja chcę ze swoim życiem … ZROBIĆ?

Co stało się później? Oj, łatwo nie było. Ale o tym już w następnym poście z tej serii. Tymczasem tutaj znajdziecie kilka postów, które powstały właśnie w tym okresie…

Wahadełko

Prosta przyjemność jedzenia rękami

Nigdzie się stąd nie ruszam

Kiedy plaża nudzi, a morze powszednieje

Gorzej być nie mogło

Szalone stepy w rytmie disco

Magiczna granica trzech miesięcy