Pożegnanie… piątek, 10 lutego 2017

Tak naprawdę stało się to już trochę temu. Ale żeby napisać o tym tutaj, potrzebowałam  nabrać dystansu. Na takie wiadomości, nigdy nie ma tego „właściwego” momentu…

Oliwa z Oliwek do końca swoich dni była zupełnie świadoma tego co się dzieje. Przez kilka ostatnich tygodni już co chwilę odwiedzała szpital. Ponad stuletnie ciało  zaczęło odmawiać posłuszeństwa, ale umysł do samego końca pozostał nadzwyczaj obecny. Kiedy czuła się coraz gorzej, Feta z Pomidorem chcieli zabrać babcię do sałatkowego domu. Ale tak to jest ze starszymi ludźmi. Po prostu nie chciała. Do babci trzy razy dziennie zaglądała Roula – jedna z krewniaczek, która mieszkała blisko. Cała rodzina miała rozpisane dyżury, tak by Oliwa właściwie nie była nigdy sama. Pewnej nocy, już prawie nad ranem, zadzwoniła do swojej wnuczki – Olivki:

-Olivko, przyjeżdżajcie. Czuje, że wychodzi ze mnie moja dusza…

W niewielkim domku babci zjawiła się prawie cała rodzina. W pierwszej reakcji, chciano zabrać Oliwę do najbliższego szpitala.

-Zostawcie ją. Potrzebuje teraz spokoju. Oliwa umiera… – powiedziała Roula.

Oliwa leżała zupełnie spokojnie. Niewielki domek wypełniony był najbliższymi. Zamknęła oczy. Wzięła  kilka płytkich oddechów. Później wydech… I z ciała wyleciało życie. Pięknie stare ciało, przez ponad wiek karbowane już do granic możliwości. Kości palców dłoni lekko powyginane od  pracy. Zmarszczki wokół oczu, które wyrył i czas i uśmiech. Pewnie w tym właśnie momencie, na chwilkę stanął czas i zrobiło się  zupełnie cicho.

    *

Kiedy ostatni raz widziałam Oliwę, dała mi swój rodzinny album. Są tam wszystkie najważniejsze zdjęcia rodziny, niektóre z  początku XX wieku. Poprosiła mnie, żebym się nim zaopiekowała. Razem z Oliwą odszedł niezwykły świat. Jakby cała epoka. Miałam wielkie szczęście mieć możliwość zapytać ją o tyle rzeczy. Dowiedzieć się tylu prostych, życiowych prawd. Na całe moje szczęście, zdążyłam zapytać o wszystko, być naprawdę obecna w każdej rozmowie i tej zawsze szczególnej relacji: człowiek – człowiek.

Sofija odeszła wiosną. Miała  prawie 102 lata.

Dlaczego Grecy są tak uparci i jak sobie z tą upartością radzić?… niedziela, 18 grudnia 2016

Jani, choć nie wygląda, jest najbardziej upartą osobą jaką znam. Ma to swoje plusy i minusy. Czasami jest tak, że popełni błąd. Nie ma na świecie takiej siły, żeby się do tego błędu przyznał. Taka niesamowita upartość i nieumiejętność przyznawania się do winy, to nie cecha tylko Janiego. Jest to typowa cecha ogromnej ilości Greków. Taka jakby ich cecha narodowa.

Dlaczego tak  jest?

Słyszałam to już od wielu osób. Że jakiś Grek ewidentnie popełnia błąd i za nic nie przyznaje się do winy. Szczególnie turyści, często takie zachowanie uznają, za oszukiwanie. Bardzo się jednak mylą. Nie wiedzą o tym, że ta nieumiejętność przyznawania się do błędów wynika  z  głównej cechy Greków, jaką jest:

DUMA

Grecy to naród niezwykle dumny. Wystarczy spojrzeć na greckie ulice. Wszyscy chodzą pewnym krokiem, wyprostowani, z nosami zadartymi do góry. Nawet kasjerka w Lidlu potrafi przerzucać towary przez taśmę, spoglądając na klienta jak królowa. Koniecznie zwróćcie na to uwagę będąc w Grecji. Z czego to wynika? Moim zdaniem – z wychowania chcianych i wyczekiwanych dzieci, na świadomych swoich wartości dorosłych. Więcej na ten temat przeczytacie TUTAJ!

Prawdziwy Grek, nawet jeśli już popełni błąd, zazwyczaj nie przyzna się do tego  nawet przed sobą. No bo jak to? On zawsze wie, ma racje, robi wszystko najlepiej! Jest zbyt dumny by się przyznać.

Walczenie z tą cechą, to jak walka z wiatrakami. Trzeba nauczyć się nią… manipulować!

*

Greckie kobiety  jakby z pokolenia na pokolenia przekazują sobie całe tomy nigdzie nie spisanej, czysto życiowej wiedzy. Pewnego dnia powiedziałam o tym problemie mojej teściowej Fecie. Że czasem, fakt że Jani ewidentnie popełnia błąd i nigdy się nie przyzna, albo na coś się tak bardzo uprze, doprowadza mnie to do szału! Nigdy, ale to przenigdy nie przyzna  się do winy.

-No i tego akurat już nie zmienisz… – powiedziała Feta. –Równie dobrze tej zimy zacznie padać czarny śnieg. Ale możesz tę cechę użyć, tak żeby tobie pomagała…

O co dokładnie poszło… Nigdy w życiu nie byłam w Grecji na buzuki, czyli koncertach  na żywo, gdzie siedzi się, słucha, tańczy i ucztuje. Zawsze bardzo chciałam iść, ale… a) Jani nie znosi tego rodzaju imprez b) buzuki jest bardzo drogie  i za jeden wieczór lekką ręką trzeba wydać czasem i 100 euro.  Powiedział, że „po jego trupie”. I na tym koniec. Prosiłam. Błagałam. Nic.

-Nie… Nie… Nie… – odpowiedziała Feta. –Każda prośba i groźba jeszcze bardziej go zacietrzewi. Będzie działać jak płachta na byka. A spróbuj tak…

*

Kończyliśmy właśnie obiad. Jani już zjadł, a ja w błogim spokoju dopijałam moje wino. I tak sobie pod nosem tylko zamamrotałam:

 -Ach… Co za szkoda… – wstałam i zaczęłam zbierać brudne naczynia.

-A co się stało…??? – spytał Jani.

-A nic… Takie tam… Muszę iść pozmywać naczynia. Mam dziś dużo pracy. Nic… Naprawdę nic się nie stało i zupełnie niczym się nie przejmuj…

-Co –  się –  sta-ło?

-No nic! Tak sobie myślę, że miałeś 100% racji! Naprawdę NIE powinniśmy iść na te buzuki! Przecież to czyste szaleństwo. Ta muzyka jest męcząca. Na dodatek, to wszystko jest tak drogie. Nie… Nie… Nie… Już więcej naprawdę cię o to nie poproszę. Mamy teraz dużo ważniejsze wydatki…

-Hmmm… No rzeczywiście, to jest bardzo drogie. I naprawdę nie powinniśmy. A już na pewno nie teraz…

-Nie! Nie! Nie teraz! Absolutnie nie teraz…

-Ale może by tak…

I autentycznie. W tym momencie najpierw zupełnie zmienił się wyraz jego twarzy. Widać było, że właśnie intensywnie o czymś myśli. I zaczął się potok pomysłów, skąd możemy wziąć 200 euro. Pomysłów było całkiem sporo, ale każdy starałam się szybko obalić, pokazując, że to naprawdę nie ma sensu. W końcu Jani stwierdził definitywnie:

-Wiesz, życie jest tylko jedno! Dużo pracujemy i po prostu raz na jakiś czas możemy się zabawić! Prawda???

-No ale przecież… Ta muzyka jest tak męcząca! Ty tyle na bank nie wytrzymasz! A co jeśli rozboli cię głowa??? Nie… Zostaw to, to nie ma najmniejszego sensu.

Jani siadł do komputera. Wyszukał kilku piosenkarzy, których znosi, którzy okazali się być nie tacy aż źli. W końcu sam doszedł do wniosku, że w kwietniu mamy rocznicę ślubu i może się poświęcić.

Przypominam tylko, że na początku zaklinał się, że nie ma  szans. A skończyło się na tym, że sam zaczął mnie przekonywać. I ustalone. W kwietniu jedziemy na buzuki!

Metodę na „nie” przekazaną mi przez Fetę stosuję namiętnie i z wielką rozkoszą. Kiedy tylko mam ochotę iść do kina, a Jani jest zmęczony, coś tam mruczę pod nosem, a później wplatam w to, że to wielka szkoda, że  nie możemy iść. Zazwyczaj jest gotowy kwadrans później. Jeśli chce żeby mi coś kupił, najpierw tłumaczę jak bardzo jest mi to niepotrzebne. A jak chcę by coś zrobił, to wykładam mu jak bardzo jest zmęczony i że z pewnością nie jest w stanie tego zrobić. Tymczasem Jani triumfalnie udawadnia wtedy, że jest w stanie zrobić wszystko!  Typowy facet. Typowy Grek.  Metoda na „nie” działa niezawodnie w każdej sytuacji. 100%. Dziewczyny, koniecznie wypróbujcie na swoich facetach, jakiejkolwiek są  narodowości.

Z CYKLU: zacznij lekko poniedziałek – 10 faktów o mnie… poniedziałek, 12 grudnia 2016

Co prawda Sałatka po grecku, jest blogiem o Grecji. Ale w pewnej części jest to również blog o  mnie. Kiedy czytam najróżniejsze blogi, uwielbiam właśnie taki typ posta, w którym autor opisuje siebie. Dzięki temu mogę bliżej poznać osobę, której teksty czytam. Wpadłam na pomysł, żeby również napisać taki właśnie post. Być może macie ochotę dowiedzieć się o mnie czegoś więcej. Śledząc bloga dłużej, o pewnych rzeczach wiecie. Kilka faktów z pewnością będzie dla Was  sporym zaskoczeniem. Tak jak na przykład to, że…

W LICEUM STWIERDZONO U MNIE DYSORTOGRAFIE…  Kwestia papierów „dys”często  jest dyskusyjna. Natomiast u mnie jest coś na rzeczy. Dużo czytam, naprawdę dużo piszę, a mimo tego, czasem czytając bloga mogliście natknąć się na bardzo dziwne i zupełnie elementarne błędy. Dawniej było z tym naprawdę źle. Wypracowanie takiego poziomu pisania, żeby nikt się nie kapnął, że coś w tym temacie może być nie halo, kosztowało mnie i często nadal  kosztuje wiele godzin ślęczenia nad tekstami. Jeszcze od czasu do czasu coś dziwacznego może czasami na bloga wpaść, natomiast więlkim sukcesem jest dla mnie to, że takich błędów jest naprawdę mało… Pomaga mi również mama:D Tak już trochę dmuchając na zimne, moja mama sprawdza każdy tekst na blogu i dzwoni natychmiast jeśli wyłapie najdrobniejszy nawet błąd!:D

DZIEŃ BEZ PODWÓJNEGO ESPRESSO JEST DLA MNIE DNIEM STRACONYM… Jestem absolutnym maniakiem kawy. Picie kawy celebruje. Piję zawsze jedną i tę samą, która jest moim ideałem – podwójne espresso macchiato. Uwielbiam smak kawy. Jej zapach, a nawet  widok. Dlatego naprawdę bardzo powstrzymuje się przed tym by na moim Instagramie kawy nie było zbyt dużo:D

W DZIECIŃSTWIE BYŁAM PRZYLEPĄ I NIGDY NIE LUBIŁAM JEŹDZIĆ NA KOLONIE… Kiedy byłam mała, moi rodzice kilka razy próbowali wysyłać mnie na kolonie. Zawsze kończyło się tak samo. Najpierw płacz, a później przyśpieszony powrót. Jako dziecko byłam niesłychaną przylepą. Gdyby jakiś czas temu, ktoś powiedział moim rodzicom, że będę mieszkać z dala od domu w innym kraju, to chyba umarli by ze śmiechu. No cóż. Jestem idealnym dowodem na to, że ludzie się jednak zmieniają.

MAM KOTA I NIE POTRAFIĘ ŻYĆ BEZ ZWIERZAKA U BOKU… Mam kotkę, która nazywa się Fivi i zawsze, od kiedy byłam małym dzieckiem, zawsze miałam jakiegoś zwierzaka. Moja kotka jest absolutnie moim oczkiem w głowie. Nie ma jej nigdy na blogu, bo w sumie… tak jakoś wyszło. Fivi z nami podróżuje. Zwiedziła już sporą część greckich wysp i była w dużej części Europy.

JESTEM PEDANTKĄ… Nie potrafię funkcjonować, kiedy obok mnie jest bałagan. Wszystko w moim otoczeniu ma swój porządek. Po prostu kocham i czerpię prawdziwą przyjemność, z faktu, kiedy obok mnie jest czysto. Na warunki greckie mój przypadek to raczej norma, natomiast moje pedantyczne zapędy zawsze były i są powodem do żartów, kiedy tylko jestem w Polsce:DD

UWIELBIAM ARTYKUŁY PAPIERNICZE… W sklepie papierniczym mogłabym spokojnie zamieszkać. Uwielbiam notesy, zeszyty, najróżniejsze długopisy i ołówki. Kalendarze wybieram z wypiekami na twarzy. Kiedyś myślałam, że pewnie z tego wyrosnę i mi przejdzie. Ale niezmiennie mam taką… papierniczą manię:D

JESTEM CIEKAWĄ MIESZANKĄ WRAŻLIWOŚCI I SIŁY… Płaczę nałogowo. Kto bliżej mnie zna, to już się przyzwyczaił. Jestem bardzo wrażliwa i wiele rzeczy bardzo mnie albo wzrusza, albo boli. Mam jednak silny charakter. W mojej głowie nie ma takiego czasownika jak „poddawać  się”. Wiele osób, która ze mną pracuje jest początkowo tym zdziwiona, bo czasami zdarza się, że rycząc walę z całej siły  w stół pięściami.

MOIM GURU W PISANIU JEST FREDERICK FORSYTH…   To trochę dziwne, bo polityką w ogóle się nie zajmuje. Natomiast moim guru jeśli chodzi o pisanie, jest Frederick Forsyth, którego powieści zawsze oparte są o wydarzenia polityczne. Jego styl pisania to dla mnie niedościgniony ideał. To co cenię u Forsytha najbardziej to maksimum wyrazu, przy minimalnej ilości słów. Jak garnitur gentelmena w latach sześciesiątych: elegancki i mistrzowsko skrojony.

RELAKSUJE MNIE OGLĄDANIE FILMÓW I CHODZENIE DO KINA…  Był czas, kiedy zastanawiałam się nad tym czy nie iść na  filmoznawstwo. Do teraz uwielbiam chodzić do kina. Wizyta  w kinie raz na dwa tygodnie jest mi potrzebna jak powietrze. Zawsze mam w planach obejrzenie jakiegoś filmu. Oglądam klasyki, na przemian z nowościami.  Ja po prostu… Kocham kino:D

JESTEM NIEPOPRAWNYM NOCNYM MARKIEM… Kiedyś próbowałam to zmienić, ale każda próba kończyła się porażką. W końcu zaakceptowałam fakt, że lepiej funkcjonuje mi się wieczorami i w nocy. W dzień załatwiam najróżniejsze sprawy, natomiast do biurka  zasiadam zawsze po godzinie 18.00. Właśnie po tej godzinie nabieram rozpędu i pracuje jak burza. Kiedy muszę rano wstać, to wstaję. Ale kiedy nie muszę, to z tego korzystam pracując właśnie wieczorami i w nocy. Rozkoszą jest dla mnie cisza i spokój, który panuje po zapadnięciu zmroku. Nie potrafię też zasnąć bez czytania w łóżku.

Z CYKLU: zacznij lekko poniedziałek – Mój niezawodny sposób, by jesienią czuć się świetnie!… poniedziałek, 28 listopada 2016

W drodze do Galaksidi. Wybrzeża Zatoki Korynckiej

Trwa już w najlepsze dość trudny okres dla wszystkich. Druga połowa jesieni, a  w perspektywie długa zima. Słońca jest coraz mniej. Dni stają się coraz to krótsze. Owoce i warzywa choć są dostępne, najczęściej smakują jak z plastiku. Na dodatek robi się szaro, buro i przede wszystkim zimno. Zbliża się okres na przeziębienia, grypy i chandry.

Pochwalę się z wielką dumą! Od mniej więcej jakiś 5 lat w ogóle nie choruję. Nie łapie gryp, przeziębień, nawet nie potrafię sobie przypomieć żebym od kilku lat miała katar. Często  wszyscy chorzy, a mnie nic nie rusza. Nie łykam przy tym żadnych tabletek z witaminami, żadnych suplementów diety.

Przez cały czas, nieustannie pracuję nad tym, żeby ulepszać moje  życie w każdym jego aspekcie. Uwielbiam więc wszelkie sposoby na zdrowe życie, które systematycznie wprowadzam do mojej codzienności. Szczególnie jesienią i zimą, dbam o to, żeby naprawdę dobrze się odżywiać. Tonami jem szpinak. Cytryny dodaje do wszystkiego. Migiem znikają z kuchennej półki słoiki z miodem. Cukier w naszym domu w zasadzie mógłby nie istnieć. A słodkości jeśli już jemy, to tylko domowej roboty z możliwie najlepszych składników. Co prawda nie uprawiam sportu wyczynowo, ale a to raz się przebiegnę, albo poćwiczę z kimś na YT, albo od czasu do czasu wybiorę się na jogę. Jednak moją bronią, którą uznaję tu za nr  1,  są codzienne spacery i jesienno – zimowe podróżowanie. Chodzi o to, by jak najczęściej przebywać na słońcu, oddychać świeżym powietrzem, otaczać się pięknymi widokami, zmieniać otoczenie dostarczając jednocześnie mózgowi najróżniejszych bodźców. Myślę, że to jest główny czynnik, który powoduje że przez całą jesień i zimę, fizycznie i psychicznie czuje się świetnie.

W tym właśnie okresie, ponieważ pracuje w domu,  gdybym chciała mogłabym prawie w ogóle z niego nie wychodzić. Jednak niezależnie od pogody(!) wychodzę codziennie. Może padać, albo być bardzo zimno, ale spacer to dla mnie  jak umycie zębów po wstaniu z łóżka.

Pomimo tego, że aura czasem wcale temu nie sprzyja, również jesienią i zimą z Janim ciągle gdzieś jedziemy. Nie zawsze są to dalekie podróże, albo szczególnie ważne miejsca.  Chodzi bardziej o to, żeby w takiej zwyczajnej codzienności jak najwięcej się działo. Bardzo ważne jest dla mnie to, by nieustannie zmieniać środowisko, poznawać nowe miejsca, nieustannie pobudzać swój mózg, dostarczając mu coraz to innych, nowych bodźców. Przebywanie na słońcu, świeżym powietrzu, patrzenie na daleką, nieograniczoną niczym przestrzeń, piękne widoki, jakoś tak na nas działa, że czujemy się magicznie lepiej. Że zaczyna nam się „chcieć”, mamy siłę by łapać życie za rogi, a zamiast stękać na to że jesień i zima są bure, krąży w nas fajna energia. To jest tak banalnie proste, ale naprawdę rewelacyjnie działa.

Kilka dni temu udaliśmy się z Janim w jedną z takich właśnie podróży. Mimo tego, że w Galaksidi byliśmy już wiele razy, z pewnością nie zaszkodzi pojechać kolejny raz. Galaksidi to niewielka, szalenie malownicza miejscowość nad Zatoką Koryncką, słynna z tzw. alevropolemos, czyli walk  na mąkę. Mój wcześniejszy post na temat Galaksidi, przeczytacie TUTAJ! Natomiast  TU! przeczytacie o tym, czym są bitwy na mąkę. A klikając na TEN! link przejdziecie do mojego artykułu, który publikowany był w magazynie Poznaj Świat.

Dziś krótki filmik z naszego wypadu! Przyznam,  że tego dnia  niesamowicie dopisała nam pogoda.   Gorrrąco Was namawiam do długich spacerów i nawet krótkich podróży właśnie teraz!  Tymczasem miłego oglądania:D  Jestem też bardzo ciekawa jakie są Wasze sposoby na tę porę roku? Piszcie koniecznie w komentarzach!

Jak zmieniło się moje nastawienie do mojej greckiej teściowej? Czyli… Feta i ja… czwartek, 10 listopada 2016

Nasza relacja już z samego założenia nie mogła być łatwa. Temat greckich matek /  teściowych, to temat rzeka. Choć w Grecji wiele się zmienia,  kwestię równouprawnienia można potraktować trochę z przymrużeniem oka. To często świadomy (i moim zdaniem wbrew pozorom całkiem mądry) wybór Greczynek, które w wielu przypadkach same chcą mieć mniej odpowiedzialną pracę, a częściej przebywać w domu. Mieć czas by dbać o męża, dzieci, dom. Dla typowej Greczynki to jest naprawdę ważne, by w domu pyszny posiłek był na czas, by pachniało w nim czystością, a koszula męża była idealnie wyprasowana. W takim świecie nie ma jednak miejsca na pogoń za karierą. Zarabianie pieniędzy i utrzymanie domu na właściwym poziomie – to już problem faceta.

Moja teściowa – Feta, jest idealnym przykładem takiego modelu. Dlatego dom,  rodzina i co za tym idzie – jej syn – to jej świat. Pępowina, najlepiej jeśli nigdy nie zostałaby odcięta. Feta i ja od samego początku bardzo się polubiłyśmy, mimo tego pojawienie się mnie, naturalną siłą rzeczy, musiało wywołać konflikt. Jeśli jesteście zainteresowani, co dokładnie się działo, tutaj znajdują się najważniejsze w tym temacie posty:

Konkurs na kurę domową

Na „leniwego kota”

Rozmowa

Mój patent na grecką teściową

[Wpisując w wyszukiwarkę bloga słowa „Feta” i „teściowa” znajdziecie wiele innych postów.]

Żeby było weselej, mój model  życia diametralnie różni się od modelu Fety. Choć nie do końca, bo dla mnie również ważny jest dom i atmosfera, jaka w nim panuje. Jednak na miejscu nr jeden, jest dla mnie pisanie i moja praca na Korfu (zawsze równorzędnie). Rozwijanie firmy i rozwijanie się w pisaniu. To czy koszulka Janiego jest wyprasowana, jest istotne (bo lubię jak jest wyprasowana), ale nie najważniejsze. Wiem, że gdzieś w tym momencie mój potencjalny Czytelnik zastanawia się właśnie jakie jest u mnie nastawienie w temacie dzieci. Znając moich Czytelników bardzo dobrze, wiem również że mają dużo wyczucia, by nie pytać o to w komentarzach. Nie jest to jednak dla mnie temat tabu, więc wyprzedzając domysły sama odpowiem. Posiadanie dziecka jest dla mnie ważne, ale nie najważniejsze. Wiem, że wszystko w życiu ma swój czas, a mój czas na chęć posiadania dziecka jeszcze po prostu nie nadszedł i tego na siłę nie da się przyśpieszyć. Posiadanie dziecka, zupełnie świadomie, z pewnością będę przeciągać możliwie długo.  Wracając jednak do tematu głównego…

Właściwie normą stało się, że w okresie, kiedy mnie nie ma, do naszego domu przybywała Feta. Robiła w naszym domu wielkie sprzątanie. Przestawiała wszystko w szafkach i szufladach w kuchni, tak by było „nam wygodniej” (ha! ha! każda kobieta wie, że to nic innego jak taka cicha walka o władzę…) . Prała i prasowała wszystkie ubrania Janiego. Gotowała co tylko się dało. Za każdym razem, kiedy wyjeżdżałam na Korfu, już nawet nie pytałam, bo doniesienia o tym co działo się w naszym domu działały na mnie jak płachta na byka.

Ubiegłej zimy byliśmy w Sałatkowym Domu u rodziców Janiego. Pewnego dnia wybrałyśmy się z Fetą na taki babski wypad. Najpierw fryzjer, później zakupy w mieście, a na koniec kawa…

*

-Wiesz… U nas właściwie nigdy nie było w rodzinie takiego modelu, w jakim wy funkcjonujecie. To tak naprawdę bardzo rzadko się w Grecji zdarza… Że pół roku jesteście razem, a pół na odległość…

-Wiem. – odpowiedziałam – Nawet w Polsce, w zasadzie wszędzie, to jest dość nietypowe. Ale tak naprawdę my do bycia na odległość jesteśmy przyzwyczajeni, wie mama…

-Wiem… Ostatnio była w domu dość burzliwa dyskusja…

Nadstawiłam uszy i z otwartą buzią słuchałam co takiego mówiła Feta. Kiedy trzy lata temu, chwilę po naszym ślubie wyjechałam na Korfu otwierać firmę, na wiadomość, co takiego robimy ojciec Fety – Oregano, prawie dostał zawału serca. Według greckiego modelu jak dwa plus dwa równa się cztery, oczywiste było, że będę „przy mężu” i jak najszybciej pocznę  pierwszego w sałatkowej rodzinie wnuka.

-Ale powiedziałam – kontynuowała Feta – że muszą cię zrozumieć. Że ty po prostu taka jesteś. Siedząc w  domu będziesz się dusić i nigdy nie będziesz szczęśliwa. Ty chcesz pracować i się rozwijać. Powiedziałam, że ma się nie wtrącać i dziadek chyba zrozumiał, że mamy już XXI wiek. Każdy musi żyć tak by być szczęśliwym… Po swojemu.

*

Są w życiu rzeczy ważne i ważniejsze. To że Feta zupełnie bez proszenia nadal czyści nam cały dom, w rezultacie jest fajne, bo dzięki temu dom jest czysty. Ale jest to oczywiste  wkraczanie na cudzy teren. Podobnie jak wszystkie towarzyszące temu czynności. Dla mnie obecnie najbardziej liczy się jednak fakt, że moja teściowa, ona naprawdę chce dla mnie dobrze, chce mojego szczęścia i mi sprzyja. Kiedy dochodzi do konfliktu – bierze moją stronę.

Po jakimś czasie tak samo wyszło, że wypracowałyśmy sobie swój nigdzie nie spisany kodeks. Feta może sprzątać sobie w naszym domu wszystko co jej się podoba. Gotuje Janiemu każdą potrawę. I jeśli ma ochotę to prasuje nawet i jego skarpetki (tak… prasuje…), ale nie przestawia żadnych rzeczy. Nie zmienia ich ułożenia.  Nie zmienia dekoracji. Nie dokupuje nowych bibelotów. Tym samym – osiąglęłyśmy porozumienie gdzieś tak w połowie drogi. Trwało to trochę…

Wiem, że temat teściowej jest gorący nie tylko w Grecji. Tu moja rada dla wszystkich dziewczyn, które mają podobny problem. Co należy zrobić…

a)      na początku jasno wyznaczyć swoje granice i prosto z mostu mówić co się nie podoba i czego się nie akceptuje

b)      ostateczne odcięcie pępowiny trzeba zostawić swojemu facetowi – bo to właśnie on powinien ją odciąć, jednocześnie wybierając, czy chce być po stronie matki, czy żony

c)      nie wdawać się w manipulacyjne gierki (typu: „że przecież chciałam dobrze”, „że tak wam będzie wygodniej / lepiej”) – wyznaczenie granicy i bycie w tym konsekwentnym jest kluczowe

d)     pójście na ustępstwa… najgorsze jest  zacietrzewiać się w sobie i  uparcie stawać przy swoim. czasem też trzeba sobie trochę odpuścić, akceptując to że nikt nie jest idealny i dzięki temu spotkać się gdzieś w środku…

  

W konsekwencji. Nasz dom jest idealnie posprzątany. Do teraz w zamrażarce, na wypadek gdyby nie chciało mi się jutro gotować, jest domowa mussaka [nasz przepis na domową  mussakę znajdziecie TUTAJ!]. A przy tym wszystko jest jednak dokładnie tak, jak zostawiłam przed moim wyjazdem. Moja teściowa mnie bardzo lubi i przede wszystkim szanuje moją pozycję w naszym domu.

Ale… Jak to w Sałatce po grecku… Żeby rozwiązać problem, trzeba wcześniej nieźle namieszać…

Najważniejsza jest droga… niedziela, 23 października 2016

Od dwóch dni jesteśmy już na lądzie. Walizki rozpakowane. Pralka załadowana. Za chwilę pójdę na krótki spacer, a na wieczór mam w planach upiec ciasto ze śliwkami. W tym roku jeszcze bardziej nie chciało mi się wyjeżdżać z wyspy. Całe dwa ostatnie dni objeżdżaliśmy z Janim Korfu, żeby ostatni raz przed zimą spotkać się z przyjaciółmi. A i tak na odwiedzenie wszystkich nie starczyło nam czasu. Finanse, finansami. Statystyki. Przychody i wydatki. Ale to ostatnie, czyli przyjaźnie, jest dla mnie w tym momencie najcenniejsze.

Co chwilę łapię się na myśleniu, jakby to było wspaniale, gdybyśmy mogli być już z Janim na Korfu, przez cały czas razem. Gdybyśmy już mieli tam nasz dom. Gdybyśmy nie musieli wyjeżdżać na zimę. Że wtedy, to  byłoby już naprawdę wszystko super. Taka natura człowieka. Jeśli jeszcze tylko to… Jeśli tamto… To wtedy już tak na sto procent będę szczęśliwa. Błąd w myśleniu, który ja też często popełniam.  Przecież tak naprawdę liczy się nic innego jak tylko „teraz”. I droga, którą TERAZ idziemy. A sam cel jest na którymś tam miejscu. A kto wie, czy on aż tak bardzo liczy się naprawdę…

Kiedy  pruliśmy przed siebie jadąc do domu, zupełnie bez większej przyczyny zrobiło mi się prozaicznie przyjemnie. Prosta, szeroka droga. Po jednej stronie morze, po drugiej góry. Białe obłoki, sennie tańczące po niebie. Jazda samochodem, to dla mnie jedna z większych życiowych przyjemności. Uwielbiam się poruszać. Nieustannie się gdzieś przemieszczać. I tak jadąc prosto przed siebie, po raz kolejny doświadczałam tego, jak przyjemna jest sama droga.

W tym roku jestem już okrągłe pięć lat w Grecji. Kto czyta bloga od początku – wie, że nie było łatwo. Czasem nie chce mi się nawet przypominać, wolę już zapomnieć to co było dla mnie najtrudniejsze. Ale to właśnie te wszystkie najtrudniejsze doświadczenia sprawiają, że teraz jestem tym kim jestem. Jeśli wszystko co teraz mam, dostałabym od kogoś jak ładnie opakowany prezent, nigdy nie umiałabym docenić jego zawartości. Piękne, wymarzone życie, takie na 100%, w wielu jego momentach nie jest ani łatwe, ani proste czy też przyjemne. Jednak to, o co się zawalczy – jest bezcenne.

Wróciliśmy do naszego domu. Największe drzewo cytrynowe, stało przy wejściu, jakby chciało nas przywitać. Zazwyczaj, kiedy pojawiam się po kilku miesiącach nieobecności, Cytrynowy Dom potrzebuje jakiś pięciu dni solidnego sprzątania. W temacie porządków domowych, Jani jest niestety niereformowalny.

Otworzyłam drzwi. Już od wejścia poczułam delikatny zapach proszku do prania, płynu do płukania, oliwkowego mydła do mycia dywanów. Gdzieś w kompozycji tej mieszanki, pojawiła się również nuta  chloru. Mieszkanie wysprzątane było na błysk. Panował w nim niemożliwy do osiągnięcia dla mnie,  grecki nad-porządek.

Otworzyłam lodówkę. Zazwyczaj po przyjeździe były w nim trzy kromki chleba tostowego plus musztarda. Co prawda sama lodówka była pusta, ale w zamrażarce były trzy  pojemniki z napisem: „Smacznego! Mussaka;)”.

Fakt, że wyjechaliśmy z Korfu wcale jednak nie znaczy, że mam teraz wakacje. Następnego dnia czekał mnie stos maili do odpisania. Decyzje o aktualizacjach na stronie. Wycieczki, które mam teraz organizować zdalnie. I przede wszystkim redagowanie książki, by wyrobić się jeszcze przed Nowym Rokiem. Typowa sytuacja, kiedy  nie wiadomo w co właściwie włożyć  ręce.

-Jani!… W domu była twoja mama…  – spytałam retorycznie.

-No przecież ci mówiłem! Nie pamiętasz, nawet rozmawiałyście razem…

-Ach… Tak… No wiesz,  w sezonie jestem jednak trochę zakręcona. Zupełnie o tym zapomniałam…

Właśnie w tym momencie, usłyszałam  takie „klik!” w mojej głowie. Zamiast chcieć udusić Fetę, miałam ochotę ją przytulić. W mieszkaniu było domowo, czysto i tak przyjemnie. Następnego dnia mogłam odpocząć i spokojnie zabrać się do pracy.

Jak teraz wygląda moja relacja z teściową? Co zmieniło się we mnie? Jaką drogę przeszłam, że zmieniłam swoje nastawienie? Co obecnie słychać w sałatkowym domu…???  Wszystko w swoim czasie… Na szczęście teraz mam dużo czasu na pisanie…

Jak przygotować sałatkę po grecku? Czyli o Grecji i o mnie na portalu eSky… piątek, 14 października 2016

Widok z najwyższego szczytu Korfu – Pantokrator. Lato 2016

Czasami, kiedy czytam takie teksty w internecie, to trochę nie chce mi wierzyć, że to jest o mnie. Dziś tekst, który znalazł się na portalu eSky: „Jak przygotować sałatkę po grecku?”. Trochę o Grecji, trochę o mnie. Tak sobie teraz myślę, że prawdziwa frajda z życiem, zaczyna się dokładnie wtedy, kiedy weźmiemy za nie odpowiedzialność  100% w swoje ręce. Miłego czytania… Klikając w link niżej, przeczytasz tekst…


http://blog.esky.pl/2016/10/jak-przygotowac-salatke-po-grecku/?Label=tvn&utm_source=plan&utm_medium=banner&utm_campaign=blog

 

Co słychać u mnie?… piątek, 30 września 2016

Co prawda na Korfu zostaje aż do samego środka października, ale już czuje, że jest to koniec tegorocznego sezonu. Na Korfu rozpoczęła się jesień. Nie czuć jej aż tak bardzo w niższej temperaturze, nie widać jej w złocących się liściach, bo Kerkira przez 365 dni w roku jest jedną wielką, mięsistą zielenią. Wieczór zapada coraz wcześniej. Zawsze wtedy coraz intensywniej czuć w powietrzu zapach palonych traw. Dziś, po raz pierwszy od zdaje się… środka czerwca, mam na sobie kryte buty. Jakoś tak nagle przeszła mi ochota na owoce morza i zaczęłam mieć apetyt na coś mięsnego. Wyspa zmienia swoich mieszkańców. Coraz mniej jest turystów, w których miejsce pojawili się studenci. Wszystko  spokojnieje. Powoli kończymy nasze ostatnie wycieczki. I tym samym ja wracam do systematycznego pisania na blogu jak i poza nim:D Mamy jesień.

Tegoroczny sezon był jeszcze lepszy niż poprzedni. Na wycieczki w tym roku jeździliśmy jeszcze częściej, ale przede wszystkim na naszych trasach było Was znacznie więcej. Jedynym problemem był właściwie brak miejsc na kilka dni przed wycieczką. Choć nie ukrywam… było to dla mnie swoiście bardzo miłe. Kończy się sezon, a ze mnie wychodzi zmęczenie i trochę taka nostalgia, że niestety, ale skończyło się coś naprawdę fantastycznego. Jednak żeby zacząć nowy rozdział, trzeba dokończyć poprzedni.

Pomimo, tego że lato 2016 było dla nas świetne, był to jednocześnie bardzo trudny dla mnie sezon. Więcej ludzi = więcej problemów. Kilka razy miałam nieodparte wrażenie, że paru turystów dosłownie założyło się, że wykończą mnie psychicznie.  Informacja dla osób, która być może jeszcze wpadnie na podobny pomysł –  „mission impossible”! Nie ze mną takie numery:DDD Ale tak bardziej na serio,  doszło kilka innych dość poważnych spraw. Między innymi sensacje pogodowe, które naprawdę utrudniły nam kilka wycieczek. Te inne, niech pozostaną moją tajemnicą zawodową. Nie jeden raz miałam w tym roku prawdziwy sprawdzian moich nerwów. Z czego się ogromnie cieszę, okazuje się, że nerwy mam całkiem mocne i tam gdzie nie dał radę sam diabeł – z powodzeniem posłał mnie:D

Po tegorocznym sezonie, już nigdy nie będę mogła powiedzieć, że na sukces firmy zapracowałam sama, że wszystko zawdzięczam tylko sobie. Na większości zdjęć z naszych wycieczek widać uśmiechnięte, zadowolone twarze rozluźnionych turystów, którzy cieszą się fajną wycieczką. Za tym uśmiechem, stoję już nie tylko ja, ale cały sztab pomocników, ludzi dzięki którym mimo trudności, wszystko układało się znakomicie. Współpracownicy, ale przede wszystkim – przyjaciele. Znów jeszcze mocniej czuje, że to właśnie Kerkira jest moim domem. I znów jeszcze trudniej będzie stąd odpływać na samą zimę.

A co mamy w planach na następny sezon? Nasze trasy pozostają te same. Pomimo dużego zainteresowania naszymi wycieczkami, nadal stawiamy na ich kameralność. Od nowego sezonu czeka nas kilka logistycznych zmian, które jeszcze poprawią jakość naszych wycieczek oraz prawdopodobnie kilka nowych rzeczy w ofercie.  Od przyszłego sezonu, do pomocy przy organizacji wycieczek przyjmujemy pierwszego pracownika. Ten rok był ostatnim momentem, kiedy taką ilość wycieczek byłam w stanie zorganizować sama. Momentami dosłownie chodziłam już na rzęsach. Już od czerwca po drugiej stronie słuchawki i komputera, będzie ktoś inny, po to bym jeszcze częściej mogła być z Wami w trasie.

Choć tegoroczny sezon dopiero się domyka, kilka dni temu przyjeliśmy pierwsze rezerwacje na lato 2017… :DDD  Ja następnego lata już nie mogę się doczekać. Tymczasem… Już w najbliższy poniedziałek, pierwszy po wakacyjnej przerwie poniedziałkowy post, o tym po czym rozpoznaje się jesień w Paleokastritsy. Trzymajcie kciuki za mój nowy tekst o Grecji w „Poznaj Świat”. Właśnie czeka na ostateczną decyzję w redakcji. I… Tak… Tak… Pierwsza wersja mojej książki o Elladzie jest już gotowa! Teraz czekają ją poprawki oraz dobieranie zdjęć i z Nowym Rokiem trafia do wydawnictw.  Mimo, że nie jestem wielką fanką zimy, ta zapowiada się całkiem ciekawie…! Jak to mawiają  Grecy: „dobrej zimy”!

Wycieczki po KORFU! Kliknij w logo na dole i sprawdź naszą ofertę:D

Dziś piąte urodziny SAŁATKI PO GRECKU! Jak ten czas szybko leci… poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Pamiętam, że rok temu o tej samej porze, na jednej z naszych wycieczek opowiadałam naszą grecką historię. I w momencie mówienia o tym wszystkim co miało miejsce, uświadomiłam sobie, że właśnie mamy kolejną rocznicę przybycia do Grecji i pierwszego postu na blogu. Rok temu zupełnie o tej rocznicy zapomniałam. Dziś mija już pięć lat od momentu, kiedy przeprowadziliśmy się do Grecji. Od dziś Sałatka po Grecku ma również pięć okrągłych lat. Dziś o tej rocznicy nie zapomniałam.

Czas pędzi jak szalony. Te pięć lat minęły jak z bicza strzelił. Choć z drugiej strony mam wrażenie, że te pięć lat temu byłam zupełnie inną osobą. Pamiętam dokładnie ten pierwszy dzień po przylocie i wielki strach, o to co będzie. W najśmielszych marzeniach nie pomyślałabym, że wszystko się tak fantastycznie ułoży. I po co było się tak zamartwiać??? Dziś już nie wyobrażam sobie życia poza Grecją. Kiedy przez dłuższy czas nie widzę morza, czuje że czegoś bardzo mi brak.

Kochani, jesteśmy właśnie w samym apogeum turystycznego sezonu. Więc dziś będzie dość krótko. Na naszych trasach jest Was znów więcej niż w roku ubiegłym. I zdaje się, że jest to już ostatni moment, w którym tę firmę jestem w stanie prowadzić w pojedynkę. Chodzę na rzęsach, ale satysfakcja rekompensuje mi wszystko.

Dziś z okazji 5 lat bloga i naszych 5 lat w Grecji, filmik który nagrałyśmy razem z Bogusią z kanału Anioł na Resorach. Ten filmik i możliwość wypowiedzenia się na kanale Bogusi, to dla mnie bardzo ważna sprawa. Tam, raz jeszcze o naszej historii… Miłego słuchania. I przede wszyskim wielkie dzięki dla Was, że przez te kilka pięknych lat jesteście ze mną…

Moja historia na blogu „Ania Maluje”… środa, 27 lipca 2016

Sezon turystyczny w pełni. Właśnie następuje przełom lipca i sierpnia, oznacza to że  na Korfu przeżywamy apogeum. Ostatnio jestem non stop w trasie, ale to rzecz jasna bardzo dobrze. I właściwie za każdym razem, kiedy wracam z wycieczki już nie mogę się doczekać następnej:D  Myślałam, że po czasie trochę  mi to przejdzie, ale czuje jak z sezonu na sezon, miesiąca na miesiąc uwielbiam Kerkirę jeszcze bardziej. Dla mnie to absolutnie najpiękniejsze miejsce na ziemi. A pokazywanie tej wyspy – sama przyjemność.

Tymczasem, kilka dni temu spotkała mnie niezwykle miła rzecz. Moja grecka historia znalazła się na blogu aniamaluje.com . Jest to dla mnie nieopisane wyróżnienie, bo blog Ani należy do grona moich ukochanych blogów. Od momentu kiedy weszłam na niego po raz pierwszy,  motywuje mnie do pozytywnych zmian i działania. I aż nie chce mi się wierzyć, że tym razem to właśnie ja mogę motywować tam innych.

Kochani, zapraszam Was bardzo serdecznie do przeczytania tekstu, który znajduje się na blogu Ani. Tym razem moją historię opisałam od bardzo prywantej strony. Sałatka po Grecku zawsze była dla mnie miejscem jak najbardziej pozytywnym, dlatego tu,  na moim blogu raczej  unikam opowiadania o trudnościach i problemach. Na blogu Ani pozwoliłam sobie na sporą dawkę prywaty. Dążenie do celów i spełnianie marzeń, jest piękne, ale często niesamowicie trudne.  I podczas tych kilku lat mieszkania w Grecji, ja też nie jeden raz dostałam od życia po tyłku… Miłego czytania!


http://www.aniamaluje.com/2016/07/a-moze-by-tak-rzucic-wszystko-i-zaczac.html